Opublikowano
2019-05-28 17:00
Licencja
Prawa zastrzeżone

Wielka Lechia, czyli gromki śmiech generała Franciszka Morawskiego

Czy opowieści o Wielkiej Lechii i niezwyciężonych „Lechitach” zaczęły się... od dowcipu?


Strony:
1 2 3

Wśród różnych rodzajów źródeł historycznych nie ma przekazów równie pewnych jak fałszerstwa […]. Są jednocześnie apokryfy kapitalnym przekazem dotyczącym umysłowości fałszerza i mentalności epoki. Mogą być wykorzystywane jako świadectwo swego czasu, a są także kopalnią wiedzy o pytaniach stawianych przez kolejne pokolenia dziejom. Fałszerstwa odpowiadają przecie na problemy swego wieku i przedstawiają wyobrażenia o dziejach właściwe dla swej epoki – pisze Piotr Boroń.

Karta z jednego z wydań Protokołów mędrców Syjonu

Cele tworzenia historycznych apokryfów bywają bardzo różnorodne, poczynając od mniej lub bardziej złośliwej chęci zażartowania sobie z historyków, po dodanie ważności osobie, rodowi, narodowi. Apokryf może być również paszkwilem lub narzędziem bieżącej polityki. Najbardziej znanym i zarazem złowieszczym apokryfem są Protokoły mędrców Syjonu. Zawsze jednak apokryf jest adresowany do pewnej z góry określonej grupy odbiorców.

Kronika Prokosza („Kronika polska przez Prokosza w wieku X napisana, z dodatkami z Kroniki Kagnimira, pisarza wieku XI, i z przypisami krytycznymi komentatora wieku XVIII pierwszy raz wydrukowana z rękopisma nowo wynalezionego”), o której będziemy tu mówić, nie spełnia żadnego z owych warunków i bardzo szybko została zdemaskowana. Miała być spisana przez rzekomego arcybiskupa (sic!) krakowskiego Prokosza (Prohora), wywodzącego się z zakonu benedyktynów, nota bene obecnych w Polsce od 1006 roku. Apokryf ten w ogóle na apokryf nie wygląda. Jest zbiorem notatek sporządzonych na podstawie różnych źródeł historycznych, starannie i rzetelnie opisanych, pomiędzy które tu i ówdzie wpleciono informacje pochodzące z owej rzekomej prastarej kroniki Prokosza, opisującej wielkie dzieje Lechitów w epokach poprzedzających panowanie Mieszka I. Ową bajeczną historię narodową jednak pomijam, bo jest ona najmniej w tej historii interesująca.

Potomkowie Wandalów, pogromcy Cezara… Legendarne dzieje Polaków

Według średniowiecznych uczonych Polacy pobili Cezara, a od Noego dzieliło ich w prostej linii trzynaście pokoleń. Na ile możemy dać wiarę ówczesnym kronikom?



Czytaj dalej...

Rękopis kroniki miał zostać znaleziony przypadkowo przez generała Franciszka Morawskiego w 1825 roku, w żydowskim kramie w Lublinie, gdzie miał być używany jako najzwyklejszy papier pakowy. Morawski zaś podarował go Julianowi Ursynowi Niemcewiczowi. Niemcewicz, przekonany o autentyczności otrzymanego dzieła (nie zastanawiał się nawet, skąd taki dokument miałby znaleźć się w rękach zwykłego żydowskiego straganiarza), zaprezentował je w Towarzystwie Warszawskim Przyjaciół Nauk i jeszcze w tym samym roku rękopis wydał drukiem Hipolit Kownacki, który także przełożył tekst kroniki na łacinę.

Fałszerstwo „kroniki” już w ciągu pierwszego roku, jaki upłynął od jej wydania, wykazał Joachim Lelewel, który odnalazł w Wilnie jej rzekomy rękopis opatrzony datą 21 czerwca 1764 roku, mający wskazywać na autorstwo Przybysława Dyjamentowskiego. Generał Franciszek Morawski Lelewel następnie dokonał krytycznego rozbioru dokumentu. Kim był Przybysław Dyjamentowski (1694–1774) herbu Drya (Dryja), posługujący się przydomkiem Mutyna i tytułem stolnika urzędowskiego? Otóż znany był on jako fałszerz historycznych dokumentów, rodowodów, kronik. A zapotrzebowanie na nie było wielkie. Wieki XVII i XVIII to czasy rozkwitu kultury sarmackiej, opartej na głębokim przekonaniu szlachty, że pochodzi ona, w odróżnieniu od chłopstwa, od starożytnego ludu Sarmatów. Wielcy arystokraci zaczęli tworzyć fantastyczne drzewa genealogiczne, mające dowodzić starożytności ich rodu, a że wiedza na temat przodków sięgała w najlepszym razie do XIV w., w owych drzewach genealogicznych umieszczano postaci całkowicie zmyślone. Sobiescy za swoją pramatkę uznali Wizimirę Teodorę, córkę bezpotomnego księcia Leszka Czarnego, Tarnowscy domniemaną księżniczkę mazowiecką Gertrudę, z kolei Radziwiłłowie wywieść chcieli swój ród od weneckiego wodza Palemona, a król Stanisław August Poniatowski mienił się potomkiem rodu Torellich, którego korzenie sięgały z kolei dynastii Ludolfingów. Tak więc Dyjamentowski i jemu podobni na brak pracy nie narzekali.

Ród Dyjamentowskich nigdy nie odgrywał jakiejś większej roli politycznej i mało o nim wiadomo, jedynym bardziej znanym jego przedstawicielem był podstoli różański Wacław Dyjamentowski, który rzekomo miał opisać w swoim diariuszu uroczystości weselne Dymitra Samozwańca i Maryny Mniszchówny. Ale i nawet to zakwestionował Wojciech Kętrzyński, dowodząc, że Wacław był jedynie posiadaczem rękopisu diariusza Abrahama Różniatowskiego. Herbarz Niesieckiego o Dyjamentowskich w ogóle milczy, dopiero herbarz Duńczewskiego z 1757 roku zawiera obszerny, bo sięgający XIII w. (co samo w sobie jest już nad wyraz podejrzane) wywód rodu, rzekomo pochodzącego od Mutynów, Bożejowskich i Trąbczyńskich, i z odwołaniem do przywilejów, jakie nadawali im kolejni Piastowie. Najwybitniejszym z nich miał być Adrian Mutyna, marszałek dworu, ho, ho!, hrabiego Kornwalii Ryszarda (syna króla Anglii Jana bez Ziemi).

Czy Pismo Święte wspomina o dawnym Imperium Lechitów?

Czytaj dalej...

Duńczewski, sam oszust, zapewne czerpał wiedzę właśnie od Przybysława Dyjamentowskiego, którego papiery zawierały przeróżne niewiarygodne wypisy z książęcych oraz królewskich przywilejów na rzecz Mutynów; ich oryginały miały spłonąć podczas pożaru w Dubnie na Wołyniu. Niezwykły to musiał być ród, skoro w każdej z wielkich bitew ginął któryś z Dyjamentowskich, a wielu z nich sprawowało nieistniejące w jego epoce urzędy! Nic dziwnego, że w XIX w. popularne było określenie „skrzynia Dyjamentowskiego” oznaczające stek bzdur. Ale w XVIII w. krytycyzm był znacznie mniejszy. O działalności historyczno-genealogicznej stolnika wspominał w Bibliotece historyków, prawników, polityków i innych autorów polskich lub o Polsce piszących (1768) Józef Andrzej Załuski, biskup kujawski i współzałożyciel Biblioteki Załuskich, który wierzył w prawdziwość tworzonych przez pana stolnika źródeł, kupował je od niego i gromadził jako cymelia w swoich zbiorach. Najstarszym dokumentem zawartym w zbiorze fałszerstw Dyjamentowskiego była genealogia rodu Toporczyków, zaczynająca się od 1067 roku. Można przypuszczać, że większość tych tekstów powstawała na zlecenie rodu Tarłów herbu Topór, najważniejsze urzędy w królestwie Lechii pełnili bowiem właśnie Toporczykowie. Z rodu Toporczyków miała pochodzić, według Kroniki Prokosza, Krasnoroda, matka pierwszego historycznego władcy Polan, księcia Mieszka I. Herb Topór to ważny ślad, ale o tym za chwilę.

Ten tekst jest fragmentem książki Krzysztofa Rejmera „Zapomniana historia nauki. Panny apteczkowe, znachorzy, kołtuny”:

Rejmer Krzysztof - „Zapomniana historia nauki. Panny apteczkowe, znachorzy, kołtuny” - okładka Tytuł: „Zapomniana historia nauki. Panny apteczkowe, znachorzy, kołtuny”
Autor: Rejmer Krzysztof
Wydawca: Wydawnictwo Naukowe PWN
Typ oprawy: miękka
Data premiery: 15.05.2019
Język wydania: polski
EAN: 9788301205393
Liczba stron: 460
Wymiary: 16.5×23.5cm
Cena: 59,00 zł
Cena e-booka: 47,00 zł
Kup ze zniżką w księgarni wydawnictwa PWN!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy
Krzysztof Rejmer

Fizyk, tłumacz literatury naukowej, popularnonaukowej i pięknej, poeta. Studiował fizykę na UAM w Poznaniu oraz na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie w 1996 roku obronił pracę doktorską. W latach 1986–2010 pracował na Uniwersytecie Warszawskim (Zakład Teorii Pola i Fizyki Statystycznej, a następnie Katedra Teorii Materii Skondensowanej). Od roku 2010 jest wolnym twórcą. Oprócz prac stricte naukowych jest autorem licznych artykułów popularnonaukowych, dwóch podręczników fizyki dla liceum, tomiku wierszy oraz drobnych publikacji poetyckich i prozatorskich. Interesuje się historią Europy Środkowej, literaturą czeską i francuską.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org