Opublikowano
2011-01-31 03:43
Licencja
Wolna licencja

Władysław Mazurkiewicz – zabójca-elegant, zimny drań

Równe sto lat temu urodził się w Krakowie Władysław Mazurkiewicz, znany seryjny morderca. W latach 1940–1955 z jego ręki mogło zginąć ponad 30 osób. Jeszcze za życia stał się legendą i bohaterem zbiorowej wyobraźni. W 1956 roku jego proces śledziła z zapartym tchem cała Polska.


Okładka pierwszego brytyjskiego wydania American Psycho w twardej oprawie Mazurkiewicz nie był Polish Psycho. To zimny drań Przydomek, który przylgnął do Mazurkiewicza – „morderca-dżentelmen” lub w innym wariancie „morderca-elegant” – nie wziął się znikąd. Mazurkiewicz był człowiekiem zamożnym. Obracał się w wytwornym towarzystwie, jadał w drogich restauracjach i bawił się w popularnych nocnych kawiarniach. Zajmował luksusowe mieszkanie w centrum Krakowa i miał dobre auto (opla olympię), którym udawał się na wypoczynek w górach. Był elegancki i zabawny, miał nienaganne maniery oraz znakomicie grał w brydża.

I zabijał

Ktoś mógłby pomyśleć: „to prawie jak Patrick Bateman, bohater «American Psycho»!” Otóż nie. Mazurkiewicz nie zabijał, by stłumić egzystencjalny ból; zabójstwa były dla niego źródłem dochodu. Zawsze okradał swoje ofiary i dbał o to, by w chwili zabójstwa miały przy sobie coś wartościowego. Pierwszego zabójstwa Mazurkiewicz dokonał prawdopodobnie ok. r. 1940. Zajmował się wtedy nie do końca uczciwym handlem i szybko uzmysłowił sobie, że zajęcie to staje się dużo bardziej opłacalne, gdy kontrahenci i wspólnicy umierają przed odebraniem pieniędzy, które się im obiecało.

W czasie okupacji Mazurkiewicz odbierał swoim ofiarom życie, częstując je herbatą zatrutą cyjankiem potasu lub „przyprawionymi” za jego pomocą kanapkami z deficytową wówczas wędliną. Po wojnie morderca-dżentelmen zmienił modus operandi. Miał już wtedy samochód, więc proponował ofiarom przejażdżkę, zabierał je w ustronne miejsce i strzelał im w tym głowy. Zwłoki zwykle topił w Wiśle lub ukrywał głęboko w lesie. W nieco bardziej pomysłowy sposób pozbył się ciał mieszkających w sąsiedztwie sióstr de Laveaux – zamurował je pod podłogą w swoim garażu.

W zgodzie z Gestapo i UB

W czasie wojny Mazurkiewicz mógł liczyć na bezkarność dzięki dobrym układom, jakie łączyły go z funkcjonariuszami Gestapo. Po wojnie zawdzięczał ją prawdopodobnie temu, że w owym czasie ludzie często znikali bez śladu i lepiej było się tymi zniknięciami nie interesować. Korzystna dla Mazurkiewicza była także pogłoska o tym, że współpracuje on z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego i jest chroniony przez jego kierownictwo. Plotka była prawdopodobnie fałszywa (próbujący zweryfikować ją historycy IPN nie natrafili na żadne dokumenty, które jakkolwiek by ją potwierdzały) i nie można wykluczyć, że pochodziła od samego Mazurkiewicza. Wielu traktowało ją jednak bardzo poważnie i w rezultacie nawet jeśli ktoś wiedział coś niecoś o brzydkiej tajemnicy, bał się dzielić tą wiedzą z organami ścigania. Strach nie minął nawet wtedy, gdy Mazurkiewcza już oficjalnie oskarżono. Marek Hłasko, który był sprawozdawcą sądowym z procesu Mazurkiewicza i który również wierzył w jego układy z UB, pisał po latach w „Pięknych, dwudziestoletnich”:

Proces był jedyny w swoim rodzaju. Mazurkiewicz był szpiclem i prowokatorem UB i świadkowie bali się otworzyć mordę na procesie. Wszyscy wiedzieli, że pan Władzio jest mordercą, ale wszyscy myśleli, że wykonuje wyroki swych mocodawców z UB.

Zabił go, a on uciekł... z kulą w głowie

W końcu Mazurkiewicz dostał się w ręce milicji i prokuratury, a przyczynił się do tego przypadek. We wrześniu 1955 roku morderca-dżentelmen jechał samochodem z Zakopanego do Warszawy, a razem z nim podróżował warszawiak Stanisław Łopuszyński. Panowie przez chwilę rozmawiali, później Łopuszyńskiego zmorzył sen i wtedy Mazurkiewicz do niego strzelił. Niecelnie. Kula utkwiła w czaszce śpiącego, a on sam nie tylko przeżył, ale nawet nie wiedział, że do niego strzelano. Wyszło to na jaw dopiero kilka dni później, gdy nie mogąc ustalić przyczyny dręczących Łopuszyńskiego bólów głowy, lekarz skierował go na prześwietlenie.

W sprawie kuli w głowie Łopuszyńskiego wszczęto przeciwko Mazurkiewiczowi śledztwo, które nieoczekiwanie ujawniło także inne mroczne fakty jego życia. Wiadomo, że w postępowaniu przygotowawczym sformułowano przeciwko mordercy-dżentelmenowi ogółem nieco ponad trzydzieści zarzutów. Z większości jednak musiano się później wycofać, bo nie zdołano zebrać wystarczająco silnych dowodów na ich poparcie. Ostatecznie więc w akcie oskarżenia znalazło się ich tylko osiem. Sześć dotyczyło zabójstwa, dwa – usiłowania zabójstwa.

Mazurkiewicz stanął przed sądem latem 1956 roku. Prokurator żądał kary śmierci, obrona starała się uzyskać karę łagodniejszą, co nie było zadaniem łatwym. Zarzuty były wszak bardzo poważne, dowody mocne, a i sam Mazurkiewicz jasno i otwarcie przyznał się do popełnienia czynów, o które go oskarżono.

Mazurkiewicz w towarzystwie obrońcy i milicjantów

Obrona antropologiczna i socjalistyczna

Obrońcą Mazurkiewicza był mecenas Zygmunt Hofmokl-Ostrowski, doświadczony adwokat znany z ciętego języka i niezłomnego przekonania o tym, że klienta trzeba bronić wszelkimi środkami i za wszelką cenę. Na początku starał się on bronić Mazurkiewicza, odwołując się do twierdzeń popularnej przed wojną antropologicznej teorii przestępstwa. Dowodził, że cechy fizjologiczne jego klienta czynią go zabójcą z urodzenia, który musi zabijać i że nie jest w stanie powściągnąć swoich zbrodniczych instynktów, co z kolei powinno być uznane za okoliczność umniejszającą jego winę.

Gdy okazało się, że podobna argumentacja nie trafia do przekonania sądu, Hofmokl-Ostrowski postanowił wytoczyć o wiele cięższe działa i wykazać, że ukaranie Mazurkiewicza śmiercią sprzeciwiałoby się oficjalnej ideologii państwowej. Jego ofiary, argumentował obrońca, to dawni ziemianie, przedsiębiorcy oraz ludzie zajmujący się nielegalnym handlem złotem i dewizami, czyli zgodnie z doktryną humanizmu socjalistycznego, jednostki społecznie niepełnowartościowe. Pozbawienie takiej jednostki życia, konkludował, wypada uznać za czyn mniej szkodliwy niż zabójstwo robotnika i nie godzi się orzekać za nie najwyższej kary. Fortel był bez wątpienia sprytny, ale okazał się nieskuteczny. 30 sierpnia 1956 roku Sąd Wojewódzki w Krakowie skazał Mazurkiewicza na śmierć.

Wyrok wykonano

przez powieszenie, 29 stycznia 1957 roku w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Morderca-dżentelmen nie omieszkał zadbać o to, by jego legenda miała odpowiednio barwne zakończenie. Zapytany o ostatnie słowa, miał powiedzieć: „Do widzenia, panowie! Niedługo spotkamy się tam wszyscy!”

Zobacz też:

  • Skorpion atakuje wieczorem. 6 sierpnia 1985 roku zapadł wyrok śmierci na jednego z nielicznych w polskiej historii seryjnych morderców – Pawła Tuchlina, nazywanego „Skorpionem”. Podczas trwającej osiem lat zbrodniczej działalności zabił on dziewięć kobiet, a jedenaście usiłował pozbawić życia.

Polecamy e-book Michała Przeperskiego „Gorące lata trzydzieste. Wydarzenia, które wstrząsnęły Rzeczpospolitą”:

Autor: Michał Przeperski
Tytuł: „Gorące lata trzydzieste. Wydarzenia, które wstrząsnęły Rzeczpospolitą”

Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]

ISBN: 978-83-934630-3-9

Stron: 86

Formaty: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)

5,9 zł

(e-book)

Redakcja: Roman Sidorski
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Mim |

Opis incydentu z Łopuszyńskim jest skrótowy, dlatego wygląda podejrzanie. Było tak: Łopuszyński spał w samochodzie, Mazurkiewicz strzelił do niego, Łopuszyński obudził się, stwierdził, że ma ranę na głowie, Mazurkiewicz wytłumaczył mu, że to był jego głupi dowcip z petardą, i zawiózł go ostatecznie na pogotowie (nie miał więcej nabojów). Więcej szczegółów np. we "Współczesnym pitawalu polskim" Larskiego.



Odpowiedz

Gość |

Jest taka - wydana przez MON - powieść kryminalna Jacka Wołowskiego "Walter numer 3571" (tego numeru dokładnie nie pamiętam, ale tytuł jest właśnie taki - z numerem) wydana, o ile mnie pamięć nie myli, pod koniec lat 50 albo na początku lat 60. Ona jest właśnie o Mazurkiewiczu (który występuje tam jako Żurkiewicz), a Wołowski opisuje jego zbrodnię na tych dwóch siostrach. Oczywiście jest to typowy "kryminał milicyjny" z tamtych czasów, ale autor miał dostęp do akt sprawy, poza tym między wierszami opisał tam powody, dla których Mazurkiewicz tak długo działał: w skrócie powiem tylko, że wpadł on przez donos konfidenta SB, a druga rzecz to to, że był on do pewnego stopnia "kryty" przez znajomych w prokuraturze krakowskiej - w książce wspomniana jest swego rodzaju rywalizacja pomiędzy prokuraturą krakowską (która może i byłaby skłonna go ochronić, a w każdym razie nie dopuścić, by dostał "czapę")a warszawską. Ciekawa rzecz, bywa na Allegro za tanie pieniądze, polecam.



Odpowiedz

Gość: Marek |

Dostać kulę w łeb i nie wiedzieć, że się dostało? Nie było rany? Krwi? Dziury w głowie?



Odpowiedz

Gość: szuruburuman |

Patrzcie na ostatnią fotę! to przecież Marian Paździoch



Odpowiedz

Gość: tomekk |

http://www.youtube.com/watch?v=ypGPz_JijnQ



Odpowiedz
Michał Turajski

Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Szczecińskiego. Redakcyjny rysownik i konsultant w sprawach związanych z prawem. Interesuje się historią i filozofią prawa; czasem o tym pisuje. Współpracę z „Histmagiem” rozpoczął w 2003 r. W redakcji znalazł się w r. 2006.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org