Opublikowano
2015-08-27 08:17
Licencja
Prawa zastrzeżone

Amerykanie w Mauthausen

Po latach niewyobrażalnego koszmaru, w maju 1945 r. jednostki alianckie wyzwalały niemieckie obozy koncentracyjne. Co zastali Amerykanie w Mauthausen - jednym z najcięższych obozów w III Rzeszy?


Strony:
1 2 3 4 5

Pierwszą oznaką obecności Amerykanów w Mauthausen był odgłos, którego Priska nie słyszała od lat: śmiech – najcudowniejszy odgłos na świecie! Wydawało jej się, że z oddali dobiega też muzyka.

Priska uniosła się powoli z wiązki brudnej słomy i wyjrzała przez okno. Mrużąc oczy w słońcu południowej pory, dostrzegła trzy nieznane pojazdy wojskowe. Siedzieli w nich młodzi żołnierze w mundurach, które na pewno nie były niemieckie. To byli Amerykanie. Od tak dawna marzyła o przybyciu alianckich wyzwolicieli, że teraz ich widok wydawał się iluzją. Wszystko w nich było nowe: mundury, hełmy, nawet zapach czy sposób, w jaki się poruszali i mówili.

Po całym obozie niosły się szlochy i wiwaty. „Witajcie!”, „Pokój!”, „Jesteśmy wolni!” – krzyczeli więźniowie w najróżniejszych językach. Inni leżeli nieruchomo, apatyczni, niewzruszeni. Jeszcze inni siedzieli skuleni, a po ich policzkach spływały łzy – łzy nadziei, że pojawienie się żołnierzy nie jest okrutnym złudzeniem. Na widok przystojnych szeregowców zawstydzone swoim upiornym wyglądem dziewczęta szczypały się w policzki i próbowały ułożyć rozczochrane i polepione brudem włosy, w których roiło się od wszy.

Więźniarki obozu Ravensbrück przy pracy (autor nieznany, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Niemcy)

Jednym z przybyłych był młody sanitariusz kapral LeRoy Petersohn. Ten dwudziestodwulatek pracował dla pewnej gazety w Aurorze w stanie Illinois i podróżował z dowództwem przy generale Pattonie. Na jego hełmie i opasce naramiennej widniał duży czerwony krzyż. Pete, bo tak na niego mówiono, „połatał” już wielu żołnierzy i został odznaczony Purpurowym Sercem za odwagę i rany odniesione w Bitwie o Ardeny. Po dotarciu wraz z oddziałem do Mauthausen przez niemal dwa tygodnie opiekował się tymi rannymi i umierającymi, którzy najbardziej potrzebowali jego pomocy.

„Naoglądałem się wielu rzeczy, zanim tu dotarłem” – wspominał – „ale jednak najgorszy był widok zagłodzonych ludzi, z których została sama skóra i kości”. Pewnego razu wszedł do baraku, w którym wychudzeni mężczyźni spali po pięciu na jednej pryczy. U jednego z tych „szkieletów” wyczuł słabe tętno; zaraz potem ten człowiek umarł na jego oczach. „Okropne. Kosztowało mnie to wiele sił”. Młody sanitariusz nie nosił broni. Został ostrzeżony, aby nie wchodzić w zbyt bliski kontakt z więźniami i nie obejmować ich z uwagi na choroby i pasożyty, którymi są zainfekowani. Stwierdził, że pozwalał im po prostu „tłoczyć się” wokół. Chodził od baraku do baraku, udzielając pomocy chorym i umierającym, był jednak bezradny, gdy żądni odwetu więźniowie skatowali na śmierć niemieckich strażników.

Stojąc chwiejnie przy oknie, Priska usłyszała głosy na zewnątrz i natychmiast rozpoznała język. Ta młoda nauczycielka, która dawniej uczyła angielskiego w swoim ogrodzie, przywołała w trawionym gorączką umyśle jak najwięcej obco brzmiących słów i zawołała o pomoc. „Krzyknęłam po angielsku, żeby przyszli do naszego baraku” – wspominała. „Na szczęście jeden z nich był sanitariuszem. Zobaczył moje zawiniątko, rozwiązał je i pochylił się nad maleńkim dzieckiem pokrytym ropnymi wrzodami z niedożywienia”.

Pete nie mógł uwierzyć, że w tak straszliwych warunkach ocalała matka z żywym noworodkiem. Priska i jej córeczka były wycieńczone, chore i odwodnione, do tego dziewczynkę niemal pokrywały wszy – „większe od niej samej”. Kapral pośpiesznie zameldował o tym odkryciu swojemu przełożonemu, majorowi Haroldowi G. Stacy’emu. Major był głównym lekarzem dywizji. Znalazł się pod ostrzałem razem z Pete’em, gdy w bitwie o Ardeny próbowali zastąpić dwóch poległych sanitariuszy.

Przeczytaj:

„Spytałem: »Doktorze, może pan pójść ze mną? Chcę panu coś pokazać«. Zaprowadziłem go do baraku i okazało się, że rzeczywiście ta mała dziewczynka miała ledwie kilka tygodni. Urodziła się w innym obozie”. Pete spytał kogoś o imię dziecka. „Hana. Ma na imię Hana – padła odpowiedź. – Przysłali je tutaj na śmierć. Szczęśliwym trafem tego dnia, gdy przyjechały, skończył się gaz”.

Przybyli uznali, że dziecko ma nikłe szanse przeżycia z powodu niedożywienia i ogólnie złego stanu zdrowia. Poza tym obaj mieli mnóstwo pracy przy więźniach cierpiących na tyfus i inne choroby zakaźne. Mimo to major i jego podkomendny postanowili, że spróbują uratować noworodka. Podjęli decyzję o niezwłocznej operacji.

Pete chciał uzyskać zgodę Priski; starał się przekonać zdenerwowaną matkę, że zrobi wszystko, aby ocalić dziecko. Po raz drugi w ciągu kilku dni Priska miała oddać swoją córeczkę obcemu człowiekowi; panicznie bała się stracić ją z oczu. Łamaną angielszczyzną błagała, aby pozwolono jej jechać z dzieckiem. Wreszcie major Stacy, mówiąc po niemiecku, uspokoił ją. „Matka za wszelką cenę chciała iść z nami” – wspominał Pete. „Major (…) wyjaśnił, że zwrócimy jej córkę całą i zdrową i to ją uspokoiło”. Priska była zbyt osłabiona, żeby toczyć spory. Patrząc, jak odchodzą, zastanawiała się, czy jeszcze kiedykolwiek ujrzy swoją córeczkę o pięknych niebieskich oczach i zadartym nosku.

Dwaj żołnierze wskoczyli do jeepa. Major trzymał Hanę na rękach, a Pete usiadł za kierownicą i zawiózł ich do 131. Ewakuacyjnego Szpitala Polowego w pobliskim Gusen. Był to jedyny szpital w okolicy mający niezbędny sprzęt. Następnie major wysłał Pete’a nad Dunaj, gdzie stacjonował 81. Batalion Medyczny. Kapral miał zabrać stamtąd porcję penicyliny, nowego „cudownego” leku, który był od niedawna dostępny, trzymanego w specjalnych chłodniach.

Gdy Pete wrócił z lekarstwem, major Stacy już operował malutką Hanę, rozcinając jej liczne wrzody i mozolnie usuwając każdy zainfekowany fragment skóry. Pete podążał za jego ruchami jak cień, uważnie nakładając penicylinę na rany. Gdy zakładali szwy, które miały już na zawsze pozostawić blizny, buzię rozwrzeszczanej Hany wykrzywiały grymasy bólu.

Mijały godziny, przerażona Priska czekała na wieści o córce. Następnego dnia pojawiła się zapłakana amerykańska pielęgniarka z zawiniątkiem z bandaży w rękach.

Priska przebywała już wtedy w prowizorycznej izbie chorych, w której w pomieszczeniach trzymano tylko po trzech pacjentów, a każdy z nich miał własne łóżko. Spojrzała na pielęgniarkę i krzyknęła zrozpaczona: „Nie żyje?”.

„Żyje, żyje! Wszystko jest dobrze!”. Kobieta wysunęła ręce do przodu, a Priska chwyciła dziewczynkę w objęcia, poprzysięgając sobie, że już nigdy jej nie zostawi.

Puszki po cyklonie B w obozie na Majdanku (fot. Roland Geider, domena publiczna)

Pete Petersohn monitorował rekonwalescencję Hany, regularnie odwiedzając matkę i dziecko. Major Stacy wyjaśnił, że tygodnie spędzone w węglarce nieomal doprowadziły do śmierci dziecka. „Powiedział, że nabawiła się zakażenia, które rozprzestrzeniło się po całym ciele”. Obaj usiłowali nakłonić Priskę do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, gdy ona i dziecko nabiorą sił. „Major próbował ją namówić, by zabrała dziecko do Ameryki” – opowiadał Pete. „Chciał nawet poczynić przygotowania przed ich przyjazdem (…), bo uważał, że mała wymaga dalszego leczenia, które mogliśmy jej zapewnić, ale matka nie chciała słuchać. Chciała wrócić do Czechosłowacji [z] powodu męża (…). Miała nadzieję, że on się pojawi”. Odrzucając wielkoduszną ofertę, Priska starannie złożyła ubranko Hany – małą białą sukieneczkę i czepek, które zrobiły dla niej kobiety z Freibergu – i modliła się o jej szybkie wyzdrowienie, żeby mogła zabrać ją do domu.

Kilka baraków dalej przebywała Anka ze swoim dzieckiem, które wciąż było zawinięte w papier. Nie miała żadnych pieluch ani niczego miękkiego – tylko więcej gazet. Nadal nie wiedziała o Prisce i Hanie ani o Racheli i Marku – każda z trzech matek wierzyła, że jej maleństwo jest jedynym dzieckiem cudownie ocalałym w Mauthausen. Reakcja wyzwolicieli utwierdziła ich w tym fałszywym przekonaniu. „Kiedy przyszli Amerykanie, patrzyli na nas, jakbyśmy byli siódmym cudem świata” – mówiła Anka. „Nagrała mnie kronika filmowa. Nie mogli się nadziwić. Kobieta ważąca trzydzieści kilogramów i niespełna półtorakilogramowe dziecko, oboje żywi. Nigdy nie widzieli czegoś podobnego w takim miejscu!”

Wspominała potem, że oprócz poświęconej jej uwagi najlepszą rzeczą była czekolada, którą dostała od amerykańskich żołnierzy. „To było wspaniałe poza tym, że najpierw powiedzieli, że możemy się częstować, a potem, że nie wolno nam zjeść wszystkiego. Co to była za męka!” W końcu wydzielono im po jednym małym kawałku. Po kilku dniach Anka przywołała jedną z amerykańskich pielęgniarek do swojego łóżka. „Poprosiłam ją, żeby wykąpała mojego synka, bo on jeszcze nigdy nie był umyty. Spojrzała na mnie, jakbym postradała zmysły. »Jak to? – spytała. – Przecież masz córeczkę!« (…) Wpadłam w histerię, po raz pierwszy po tym wszystkim. Jak to możliwe, że mam córeczkę, skoro mówili, że to synek? (…). Nie wiedziałam, co myśleć. Nigdy o czymś takim nie słyszałam”.

Tekst jest fragmentem książki Wendy Holden „Urodzeni, by żyć”:

Autorka: Wendy Holden
Tytuł: „Urodzeni, by żyć”
Tytuł oryginału: „BORN SURVIVORS”
Tłumaczenie: Jerzy Rosuł, Przemysław Hejmej
ISBN: 978-83-7999-194-5
Liczba stron: 432
Format: 143X205 mm
Oprawa: broszura ze skrzydełkami
Premiera: 5 maja 2015
Cena: 39 zł
Kup książkę na stronach Wydawcy!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3 4 5
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: TomS |

Dziadek (według opowieści Taty i Cioci) będąc więźniem Dachau i Matchausen-Gusen po wyzwoleniu pracował przy organizacji powrotów polaków do domu. Sam wrócił dopiero w 1946-tym. Gdzie mogę szukać informacji o tych wydarzeniach? W muzeum Matchausen nie odnalazłem żadnych informacji o moim Dziadku, a w necie jedynie list Dziadka do Babci. Kto może coś podpowiedzieć?



Odpowiedz
Wendy Holden

Ur. 1961 powieściopisarka i dziennikarka. Opublikowała ponad trzydzieści książek oraz napisała dwa scenariusze filmowe. Pracowała jako dziennikarka, m.in. w „The Daily Telegraph”. Ma w dorobku kilka znaczących książek, które napisała jako tzw. ghostwrite

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org