Autor: Mariusz Urbanek
Tagi: 1945-1989, Sylwetki i biografie, Historia kultury i sztuki, Historia polityczna, Artykuły, Polska
Opublikowany: 2013-06-18 09:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Jan Brzechwa i stalinizm

Znany jest przede wszystkim jako wybitny autor wierszy dla dzieci. Jednak w czasach stalinizmu dał się poznać również jako twórca utworów propagandowych. Za zaangażowanie w komunizm przyszło mu zapłacić wysoką cenę.

Przed satyrykami w nowej Polsce postawiono nowe zadania. Nie mieli już tylko ujawniać, krytykować i piętnować, mieli zachęcać i mobilizować. Więc Brzechwa zachęcał i mobilizował.

Z okazji zjednoczenia PPS z PPR (co tak naprawdę oznaczało wchłonięcie partii socjalistycznej przez komunistów) opublikował w „Odrodzeniu” wiersz Marsz, później często przedrukowywany jako Czerwony marsz. Jeden z tych, które po latach będą mu wypominane najczęściej:

Bije godzina niezapomniana,

Zakręt historii – druga zmiana.

Trzeba zwycięstwu drogę torować,

Marsz rozpoczęty, Partio, prowadź! (…)

Chowa spekulant worki w sklepie,

Kołtun z trwogi pacierze klepie,

Bóg na niebie – wojna na czasie,

Kołtun kałdun pobożnie pasie.

Warchoł w Londyn wlepia ślepie:

– Przyjedzie Anders, będzie lepiej!

W maglu szepcą ciemne kumoszki

– Cukru nie będzie, chleb jest gorzki,

Wiedźmy po domach straszą dzieci:

– Masła nie ma, wzięli „Sowieci”.

Tłuste dewotki straszą głodem:

– Zatruł antychryst chleb i wodę,

Pasibrzuch wiejski chłopów judzi

– Na Sybir będą wywozić ludzi.

Żyje, mąci, knowa podziemie,

Walka trwa dalej, wróg nie drzemie,

Kto nie z nami, będzie z nami,

Kto przeciw nam – siła go złamie!

Który tam? Z drogi. Partia kroczy,

Twoja partia ludu roboczy

Wspólnie pracować, wspólnie budować

Maszerować! Partio, prowadź!

Jan Brzechwa

W „Szpilkach” poskarżył się, że redaktor satyrycznego tygodnika też chce, żeby napisał coś o zjednoczeniu. „– «Też głupi pomysł masz» – / Kpiarz odrzekł bez wahania. / «Tu przecież nawet kpiarz / Nic nie ma do wyśmiania»”.

Tak myślał naprawdę, albo uznał, że nie ma sensu pisać czegoś, co i tak się nie ukaże. Obowiązywał przecież ton entuzjazmu. Kiedy w 1949 roku, podczas zjazdu Związku Literatów w Szczecinie, ogłoszono początek epoki realizmu socjalistycznego, nie zbuntował się. Jego zaangażowanie mniej było widoczne w utworach dla dzieci, gdzie konieczne serwituty już spłacił, ale zdominowało twórczość dla dorosłych.

„Bo trzeba powiedzieć wyraźnie: Janek nie był typem opozycjonisty” – wspominał Ryszard Matuszewski. Wolał afirmować niż atakować, a wiersze wspierające pomysły władzy traktował usługowo: „…od tego był mistrzem w pisarskim rzemiośle, żeby umieć napisać na odgórne zamówienie również tren, pean czy panegiryk”. A ponieważ zamówień nie brakowało, więc pisał.

– Jedni pisali z entuzjazmu politycznego, drudzy z cynizmu, jeszcze inni z dyscypliny partyjnej –mówiła Irena Szymańska Annie Bikont. – Wśród nich Janek. Potrafił wystąpić bardzo odważnie, gdy komuś wyrządzano krzywdę, ale na co dzień nie miał natury buntownika. Był członkiem PZPR i uważał, że jak musi się podporządkować, to się podporządkuje.

„Nie potrafił wykręcić się ani walić pięścią w stół” – wspominał Marianowicz. Pisał to, czego od niego oczekiwano, żeby mieć spokój i robić to, co go naprawdę obchodziło.

Ogłoszony najpierw przez partię, a następnie uchwalony przez sejm plan industrializacji Polski, którego sztandarową inwestycją była budowa Nowej Huty, został powitany przez Brzechwę zbiorem Strofy o planie sześcioletnim. Osiem wierszy, które złożyły się na niewielką książeczkę, miało mobilizować, zachęcać do wysiłku, sławić robotniczy trud i opiewać ideę, która była fundamentem planu. Nie było w nich obszarników, kułaków ani spekulantów, tylko raz pojawili się imperialiści, którym („jak palce”) groziły sterczące kominy fabryk. Strofy miały być jak sztandar powiewający nad głowami bohaterskich twórców i wykonawców planu, którzy budowali nową Polskę.

Poeta prosił Muzę Sześcioletniego Planu, żeby nauczyła go śpiewać pięknie i mocno. By słowem jak dłutem i młotem mógł wykuwać w granicie strofy, co uskrzydlą kilofy i będą nieść pod chmury cegły, z których wzniesione będą nowe domy i kominy fabryk ( Apostrofa do muzy ). Chciał położyć serce na murarskiej kielni i układać dumne pieśni dla budowniczych miast, dróg i mostów, którzy dwoją się i troją, by nigdy więcej nie zabrakło w Polsce szczęścia ani chleba ( Rozmowa z budowniczym ). Obiecywał, że gdy wcielona zostanie w życie leninowska idea: „komunizm to władza rad plus elektryfikacja”, znikną z krajobrazu nędzne strzechy, a wieśniacy rozprostują zgięte plecy i zaznają wreszcie szczęścia ( Notatnik agitatora ). Przekonywał, że walka murarzy o realizację planu sześcioletniego jest tą samą walką, którą prowadzą bohaterscy bojownicy z Korei, górnicy strajkujący we Francji, zaszczuci Murzyni w Oklahomie i greccy partyzanci. Razem, pod czerwonym sztandarem, przyniosą światu Wolność ( Wolności, prowadź! ). Do młodzieży apelował, by uniosła oskard i młot w świętej sprawie, burząc stary świat i wznosząc pieśnią i krwią nowy ( Lećcie, orlęta ). W Lirycznym intermezzo prosił, by po jego śmierci nie było minuty ciszy, bo nie wolno nawet na chwilę przerywać walki o pokój i wolność, a on swe serce na flagi czerwone potnie, by każdy człowiek usłyszał ich szum. W wierszu Pokój zwycięży przekonywał, że plan sześcioletni to najlepsza droga do pokoju na świecie. Złączeni wspólnym wysiłkiem robotnicy w fabrykach, kopalniach, hutach, i chłopi na polach, wykonają plan, który będzie zwycięstwem w walce o pokój.

Na czele tej walki stał On: Słońce Narodów, Spiżowy Leninista, Lokomotywa Historii, Józef Wissarionowicz Stalin. To On wskazał drogę ku przyszłości, ku nowemu, lepszemu światu, światu socjalizmu. Ale by go zbudować, aby powstał świat, w którym ludziom wreszcie niczego nie będzie brakować: dzieciom nie zabraknie książek ani szkół, a rolnikom traktorów, którymi orać będą pola, potrzeba stali. Dlatego:

Plują wściekłą purpurą hut oszalałe płuca,

W piecach lawa szkarłatnym płomieniem się pali –

Sta-li!

Sta-li!!

Sta-li!!! 

To kończące każdą strofę wiersza Nowa Huta rytmiczne wezwanie było potrzebne, by na koniec przekształcić się w imię tego, który dał ludziom nadzieję na lepszą przyszłość:

Przyszłość należy do tych, czyja wola niezłomna

Drogę wskazał nam Stalin – chwała mu wiekopomna!

Świat nowy budujemy od podstaw, od podwalin –

    Sta-lin!

    Sta-lin!!

    Sta-lin!!!

Poziom egzaltacji wierszy, które złożyły się na Strofy o planie sześcioletnim był bardzo wysoki, poziom literacki zdecydowanie niższy. Mimo wszystko jednak oskarżanie Brzechwy, że w wierszu Szóstka-oszustka chciał z tego samego planu zadrwić, musiało brzmieć absurdalnie. Nawet jeśli Szóstka uciekła z kalendarza, przez co znikły z niego wszystkie soboty, i ludzie musieli pracować w niedzielę. Nawet jeśli narobiła bałaganu w rachunkach, a potem udawała tramwaj „dziewiątkę” i zamiast na Pragę, pojechała na Ochotę. „Odtąd przepadła o niej wszelka wieść. / Taka to była szóstka – pal ją sześć!”. „Tytuł wiersza w wiadomych czasach przysporzył Janowi Brzechwie dość kłopotów, odniesiono go bowiem do planu sześcioletniego. Wydawcy bywali w stosunku do jego utworów podejrzliwi, zarzucano mu puste żarty i bezideowość” – wspominała Danuta Cirlić-Straszyńska, przez wiele lat redaktorka książek w Czytelniku. Przekonania cenzorów o wrogich intencjach Brzechwy nie zmienił nawet fakt, że wiersz Szóstka-oszustka po raz pierwszy ukazał się w roku 1945, kiedy nikt jeszcze o planie sześcioletnim nie myślał.

Strofy nie spotkały się z dobrym przyjęciem recenzentów. Nie pisano o tomiku wcale, albo pisano… źle. Recenzenci partyjni, z których strony Brzechwa mógł spodziewać się pochwał, surowo mierzyli zgodność wierszy z kanonami socrealizmu, badali temperaturę politycznego ognia i oceniali szczerość zaangażowania. Wychodziło im, że nie jest z tym najlepiej. Jeszcze bardziej surowo ocenili Brzechwę funkcjonariusze cenzury. „ Strofy są konsekwentnym dalszym ciągiem destrukcyjnej działalności autora w poezji polskiej (…) typowe majaczenie dekadenckiego mieszczanina, przerażonego ogromem zmian i bełkocącego slogany bez przekonania, a raczej z przekonaniem, że w ten sposób można się lepiej urządzić” – pisał cenzor K. Wołkowicz. „Majakowski w tłumaczeniu Mniszkówny” – brzmiała druzgocąca ocena tomiku. Choć bardziej niebezpieczna mogła być inna opinia: „Autor z niezrozumiałych względów jest tolerowany…”.

Jerzy Putrament

Ale kiedy podczas zebrania sekcji poezji Związku Literatów zaatakowali Brzechwę koledzy pisarze, nawet sekretarz generalny ZLP Jerzy Putrament uznał, że to już za wiele. Ryszard Matuszewski mówił o rutynie i koturnowości Strof o planie sześcioletnim oraz o poezji formalistycznej i niepogłębionej ideowo, ale Putrament zaapelował, żeby Brzechwy nie zniechęcać. Poeta, który był daleki od partii i lewicy, po wojnie zrobił dziesięć kroków naprzód, żeby się do niej zbliżyć, przekonywał. Być może wciąż jeszcze pozostaje w tyle za niektórymi z towarzyszy, ale te dziesięć kroków należy zapisać na jego dobro. „Jest ważne i cenne, że Brzechwa dał nam szereg wierszy, które świetnie nadają się do deklamacji i odgrywają pożyteczną rolę w akcji walki o pokój i plan sześcioletni” – mówił. Londyńskie „Wiadomości” z satysfakcją odnotowały ten spór w gronie piewców komunizmu, którzy najpierw domagają się wierszy walczących bez pardonu z wrogami ustroju, a potem narzekają, że utwory powtarzające pierwsze zdania z gazetowych wstępniaków i partyjnych referatów pozbawione są metafor. „Trzeba wybierać: albo pokój i plan sześcioletni, albo obraz, metafora i rygory poetyckie” – pisał w „Wiadomościach” Lector.

Także recenzent katolickiego tygodnika „Dziś i jutro” (jmp) nie zostawił na tomiku suchej nitki. To poezja słaba: deklarancka i wodolejska, składająca się z transparentowych sloganów. „Brzechwa jako poeta nic tu nie stworzył – raczej osłabił wrażenie prymitywną (używając b. powściągliwego określenia) formą” – pisał (jmp). Jan Błoński w „Życiu Literackim” bardzo starał się znaleźć jakąś dobrą stronę tomu zbudowanego – jak pisał – „wyłącznie albo z popularnych haseł publicystycznych, albo ze zwrotów poetyckich wprawdzie, ale zupełnie zasymilowanych do mowy potocznej”, jednak mu nie wyszło. Podkreślanie przez krytyka, że wiersze są „konsekwentne i urozmaicone”, to dowód, że nic lepszego powiedzieć się o nich nie dało. A już opinia, że Strofy są „w pewnym sensie” cyklem udanym, musiała Brzechwę zaboleć.

Zbigniew Herbert chciał w „Tygodniku Powszechnym” skrytykować rozgadaną „elementarzową” rytmikę wierszy Brzechwy, ich ubogą i nieudolną formę dającą efekty komiczne, banalne rymy, nieudolne obrazowanie i nadmiar publicystyki niszczącej poezję. „Wydaje się, że autor nie posiada wizji poetyckiej, zdolności ogarniania rzeczywistości w jednym skrócie metafory czy obrazu. Żenująca jest także jego bezpośredniość, prozaizmy, nieliryczne wierszowane relacje. (…) Błyskotliwy satyryk i uroczy bajkopisarz krąży wśród gigantycznych planów i perspektyw jak Alicja w krainie czarów” – pisał w recenzji, którą zatytułował Alicja i plan. A potem zadał cios najbardziej dotkliwy. Uznał, że pasowanie Brzechwy przez Karola Wiktora Zawodzińskiego („oficjalnego krytyka dwudziestolecia”) na czołowego polskiego liryka wydaje się z perspektywy lat pomyłką.

Jerzy Turowicz, redaktor „Tygodnika”, odmówił opublikowania recenzji. Być może uznał, że i tak nie miałaby szans przebrnąć przez cenzurę, a nawet jeśli, to nie był to tekst, o który warto byłoby kruszyć kopie. A poza tym nie myślał o wierszach Brzechwy aż tak źle jak Herbert. „… Pan za ostro ocenia Brzechwę” – pisał. Wyśmianą przez Herberta najboleśniej Rozmowę z budowniczym, zaczynającą się jak dziecięca wyliczanka („– Co wy tu robicie? / – Budujemy mosty![](/ – Dla kogo? / – Dla ludzi prostych)”) Turowicz uznał za żart, piosenkę świetlicową: „Więc może Pan to trochę zmieni i nam przyśle z powrotem” – zaproponował. Kilka miesięcy później Herbert odpisał, że próbował, ale bez skutku: „…widocznie działają tu jakieś względy pozaestetyczne. A to źle i wstyd”.

Utwory dużo bardziej agresywne niż w Strofach ukazały się w wydanym w tym samym roku wspólnie z Januszem Minkiewiczem tomiku Pokój zwycięży. Brzechwa powtórzył w nim wiersze takie, jak: Pokój zwycięży, czy Wolności, prowadź! Dodał równie jak tamte patetyczne: Wartę pokoju i Pieśń bojowników o pokój, ale to nie one decydowały o temperaturze książki.

Towarzysze z partii tym razem mogli być zadowoleni z utworów, które obnażały wrogie oblicze imperializmu, ujawniały zbrodnicze intencje Ameryki i Anglii, dawały odpór antypolskim zakusom. Taki był wiersz Kto się śmieje ostatni, poświęcony Niemcom, którzy chcieliby, by świat zapomniał o ich zbrodniach („Pan dyplomata z Majdanka sobie drwi”). Taki był Kongres, kpiący z przerażenia, jakie wywołała w Białym Domu i w Londynie wieść o warszawskim kongresie pokoju w 1950 roku. Ale przede wszystkim taki był Głos Ameryki, utwór o „reakcyjnej” rozgłośni radiowej zza oceanu, próbującej zniszczyć pokój na świecie i kłamstwem zatrzymać zwycięski marsz obozu socjalizmu.

Tu mówi Nowy Jork! Słyszycie Głos Ameryki!

Głos tej Ameryki, co świat dolarem mierzy,

Ameryki giełdziarzy, łgarzy i szalbierzy,

Ameryki bezprawia, chamstwa i ucisku,

Ameryki gangsterów żądnych krwi i zysku,

Ameryki grożącej pałaszem Goliata,

Ameryki zbrodniczych podpalaczy świata,

Którzy głoszą, że wojna ludzkość uszlachetni.

Parodiując program radiowy Brzechwa szydził z tych, którzy wolą coca-colę od wolności i gumą do żucia chcą zastąpić pokój na świecie. Z obłudy Departamentu Stanu USA, który Murzynów poleca trosce Ku-Klux-Klanu, a wojnę z Koreą prowadzi rzekomo wyłącznie w calach handlowych. Z imperialistów wylegujących się na pokładach jachtów w oczekiwaniu, kiedy wreszcie Watykan wskrzesi Hitlera, bo on jeden wiedział, „jak trzeba walczyć z czerwoną zakałą”.

Bodajby komuniści mieli jedną głowę,

Jak to marzył przed laty cezar Kaligula:

Na jedną głowę jedna starczyłaby kula,

A czerwone sztandary poszłyby na ścierki!

Wojenni podżegacze skazani są na klęskę, przekonywał. Bo gdy oni szykują się do wojny atomowej, w Polsce rozpoczęła się właśnie walka o pokój, która może zakończyć się tylko zwycięstwem.

Większość wierszy, które ukazywały się w prasie, Brzechwa umieszczał później w książkach, ale były i takie, które do zbiorków nie trafiały. Nie wiadomo dlaczego, w większości nie były jakoś szczególnie gorsze literacko, a ich serwilizm też utrzymywał się na zwykłym poziomie. Być może niektórymi nie chciał kłuć ludzi w oczy po raz kolejny. W żadnym tomie nie przedrukował np. wiersza Wymiana, w którym przekonywał Polaków, że na wymianie pieniędzy, przeprowadzonej niespodziewanie w październiku 1950 roku, stracą tylko spekulanci, kułacy i waluciarze, którzy zbili majątki na cudzej pracy. A jeśli reforma, która pozbawiła Polaków dwóch trzecich oszczędności, skrzywdzi także zwykłych ludzi, to cóż robić: „Gdzie drwa rąbią, tam i wióry lecą”. I tak powinni się cieszyć. Dzięki temu miliony powędrują do państwowej kasy, powstaną za nie nowe bloki i mosty.

Robotnicy na zmianie pieniędzy nie stracą,

Bo wzbogacając państwo sami się bogacą,

Bo są gospodarzami na ziemi ojczystej,

Gdzie słychać łoskot maszyn i śpiew traktorzystów.

Gdzie stają nowe domy, rośnie Nowa Huta,

A dłonie są tak mocne, jak nowa waluta!

Nigdzie nie przedrukował też Pałacu Kultury, opublikowanego pierwotnie w tygodniku „Stolica”. Wiersza, o darze narodu-przyjaciela, o pałacu z baśni, który powstaje w Warszawie i sięgnie wysoko w chmury, gdzie tylko ptaki i obłoki.

W sercu Polski, widoczny z daleka,

Będzie trwał tak jak wiara w człowieka,

Będzie trwał tak jak miłość dla dziecka,

Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka.

Tadeusz Borowski

Można przypuszczać, że skoro z takim zaangażowaniem wspierał kolejne pomysły rządu i partii, chciał, żeby to wsparcie było zauważone i docenione. Zauważone zostało, ale docenione nie bardzo. Jerzy Putrament wspominał posiedzenie sekcji satyry związku, podczas którego Brzechwa, Minkiewicz i Marianowicz, filary „Szpilek”, zostali z furią zaatakowani przez Tadeusza Borowskiego, byłego więźnia Oświęcimia, a po wojnie jednego z największych orędowników komunizmu. „…za to, że piszą rzeczy śmieszne. Satyra ma nie bawić, ma razić! Nie śmieszyć, zabijać!” – żądał Borowski. W lipcu 1951 roku ten sam Borowski, jak podejrzewano rozczarowany komunistyczną rzeczywistością, popełnił samobójstwo.

Partia uważnie patrzyła na ręce pisarzom, którym wyznaczyła rolę przewodników, mających przekonać Polaków do komunizmu. Błędy były piętnowane i karane. W sierpniu 1951 roku w „Szpilkach” ukazał się przełożony przez Brzechwę wiersz Andrieja Niekrasowa Pieśń pracy, według redaktorów tygodnika niewinny i ideologicznie prawomyślny. Strażnicy ideowej czystości odkryli jednak, że wiersz zawiera elementy dywersyjne i wezwali winowajców – tłumacza i redaktora „Szpilek” Antoniego Marianowicza przed swe oblicze. „Przebywaliśmy wówczas z Jankiem nad morzem i zostaliśmy telegraficznie wezwani do Warszawy przed zagniewane oblicze czynnika” – wspominał po latach Marianowicz.

Członkowie organizacji partyjnej przy ZLP uznali, że ironiczny wiersz adresowany do głupców, tchórzy i próżniaków, którzy nie potrafią znaleźć radości w pracy dla kraju i widzą w niej tylko trud i przyszłe odciski, nie jest wystarczająco jasny i przekonujący. Porównywanie bohaterskiego wysiłku, który klasa robotnicza wkłada w budowę socjalizmu („Żeby ostatni wydać dech / Z godnością – przy robocie”), do pracy starego, wiernego psa, który gotów jest zdechnąć „tropiąc dubelta w lesie” jest porównaniem złym. Z punktu widzenia partyjnych ideologów metafora mogła rzeczywiście budzić wątpliwości.

Według Putramenta Marianowicz złożył samokrytykę w imieniu pisma, ale Brzechwa uznał, że to on popełnił błąd i tylko on powinien ponieść konsekwencje. Antoni Marianowicz zapamiętał, że Brzechwa błysnął zręcznością wytrawnego obrońcy. Mówił o niewielkim doświadczeniu redaktora „Szpilek”, który zasugerował się uznanymi nazwiskami rosyjskiego klasyka i polskiego tłumacza, i o własnej lekkomyślności, w wyniku której wysłał do wysokonakładowego tygodnika przekład przeznaczony do publikacji w antologii poezji o znacznie mniejszym zasięgu. „No i sprawa rozeszła się po kościach” – napisał Marianowicz, a obaj grzesznicy już następnego dnia znów mogli kąpać się w Bałtyku.

Rok po Strofach i po wspólnym tomiku z Minkiewiczem ukazał się znacznie obszerniejszy i dużo bardziej zróżnicowany tom Cięte bańki. Zaczynał się od wysokiego C, wierszem Apostrofa, adresowanym do „Plotkarzy, malkontentów, szczwaczy i pyskaczy”, do których Brzechwa kierował słowa „chłoszczące i gniewne!”

Już dość ma Europa was i waszych waliz,

Waszego plotkarskiego po świecie nieróbstwa,

Więc tu siejecie zamęt i płodzicie głupstwa,

Szkalując tych, co w znoju budują socjalizm.

Ślina wasza wytryska jak zatruty strumień –

Pełno was po kawiarniach, w kuluarach, w maglach,

Brniecie ślepi i głusi. Czas was nie ponagla,

Włóczędzy bezdziejowi na bezdrożach sumień.

Ale dalej obyło się już bez podobnej napastliwości. Znalazło się w książce kilka wierszy wziętych z tomiku Palcem w bucie (m.in. Ballada o dwudziestu dwóch mordercach, Audiencja i Wiec wariatów), parę utworów poświęconych planowi sześcioletniemu (m.in. o murarzu o nazwisku Kowalski, który odbudowuje stolicę i Toast na cześć robotników Suchanka, Pawelca i Mastalerza, którzy w codziennym mozole zdobywają swój chleb), pewnie niewystarczająco poważnych, by znaleźć się w Strofach. Był wiersz o tkaczce, która zgodziła się wyjść za tkacza dopiero wtedy, gdy został przodownikiem pracy. I utwór adresowany Do kołtuna, niepotrafiącego docenić wysiłku odbudowy. Był wreszcie wiersz o dzielnych nurkach, którzy przez rok z okładem pod wodą „ryli, drążyli, cięli, łatali” ważący ponad 30 000 ton wrak niemieckiego krążownika „Gneisenau”, zatopionego wiosną 1945 roku u wejścia do portu w Gdyni.

Był bardzo zabawny (i złośliwy!) towarzysko-środowiskowy wiersz o tym kto i co powie nad trumną Brzechwy („Zjawiły się gazetach nekrologi krótkie, / Bo ludzie, gdy kto umrze – są do pochwał skorzy. / Nawet Szancer powiedział przy kawie ze smutkiem: / «Szkoda go, choć ostatnio pisał coraz gorzej”). I była zjadliwa Chwila Zoila, wymierzona w niby-wieszczów, którym wydaje się, że posiedli sztukę pisania, tymczasem ich utworami ludzie krztuszą się jak ośćmi. Było kilka liryków i bardzo osobista Nasza Warszawa („Tu przeżywałem okres sztubacki, / Tu z dziewczętami miewałem schadzki, / Tu rymowałem pierwsze wyrazy, / Tu się żeniłem pierwsze trzy razy, / Tutaj przeżyłem bomby niemieckie – / Jestem – jak rzekłem – warszawskim dzieckiem”).

Znalazły się w tomie nawet wiersze i fraszki krytyczne wobec socjalistycznej rzeczywistości, choć była to rzecz jasna krytyka mieszcząca się w dozwolonych ramach. Satyry zawarte w Ciętych bańkach dotyczyły wszechobecnej biurokracji, braków w zaopatrzeniu we wszystko („Ja wytrzymam, gdy nie kupię / Nowej pary gaci…”) i niedostatku książek innych niż agitacyjne broszury. W wierszu Plakaty kpił z propagandowych afiszy, które zawsze wyglądają tak samo. Nieważne, czy chodzi o walkę z alkoholem czy walkę o pokój, rozwój sportu narciarskiego czy budowę radiowęzłów – zawsze pojawiają się na nich te same trzy postacie.

I znów plakat. Już go znacie:

Na plakacie trzy postacie,

Z których jedna, nieco sporsza,

Rzuca hasło: „Jedzmy dorsza”.

Wisi plakat przy plakacie,

Wciąż te same trzy postacie,

Trzy tułowie, trzy prawice

Zdobią place i ulice.

A przechodnie myślą: „Psiakość!

Nie przechodzi ilość w jakość”.

Utwór był co najmniej prowokacyjny, bo trzy głowy, które zwykle widniały na plakatach, należały do Marksa, Engelsa i Lenina (czwartą coraz częściej była głowa Stalina). Mogło to też być odczytane jako kpina z sojuszu robotnika, chłopa i inteligenta pracującego, co również nie byłoby interpretacją dla Brzechwy bezpieczną.

Ponadto był w tomie jeszcze przekład z Włodzimierza Majakowskiego ( Rozmowa z inspektorem podatkowym o poezji), a nawet trzy bajki ( Pan Szczuka, Wilk i gąska oraz Łopuch i kwiaty). Z tym, że w Ciętych bańkach ideologiczne były nawet bajki. Bohater ostatniej, zgorzkniały i zgrzybiały łopuch nie może znieść, że wiosną kwitnie tyle kwiatów, a w dodatku większość prowokacyjnie, bo na czerwono: begonia, goździk, róża, nawet pelargonia. „To już nie kwiaty, to już komuna” – złości się łopuch, szczęśliwy tylko wtedy, gdy widzi wokół siebie pokrzywy, osty, i inne zielsko dzikie. Wściekły rzuca na kwiaty ekskomunikę, ale one nic sobie z tego nie robią. Dalej kwitną i dalej rosną. Bardziej łopatologicznie Brzechwa nie mógł wyłożyć tego, co myśli o nowym ustroju Polski, a zwłaszcza o tych, którym się on nie podoba.

I był wiersz, Koreańska piosenka, który po sześćdziesięciu latach może wywoływać wyłącznie uśmiech zażenowania, jak można było być aż tak naiwnym. W roku1950, gdy powstawał, na Półwyspie Koreańskim trwała wojna między wspieraną przez Chiny komunistyczną KRLD, która zaatakowała Koreę Południową, a siłami ONZ (głównie amerykańskimi), broniącymi południa. Ludowa Polska była oczywiście po stronie koreańskich komunistów, a Brzechwa rymował w tonie, który obowiązywał w oficjalnej propagandzie.

Siedzą w Oenzecie

Wasale Marshalla

Naród koreański

Mac Arthur wyzwala:

Miasta zrównał z ziemią,

Pozabijał dzieci,

Cmentarzyska drzemią

W śnieżystej zamieci.

Lud przy Kim-Ir Senie

Stoi niewzruszenie.

Wersy o Kim Ir Senie, przy którym niewzruszenie stoi koreański lud, powtarzały się po każdej zwrotce. Brzechwa nie wiedział, że „ukochany przywódca” Kim szybko stanie się symbolem komunistycznej satrapii, budując państwo oparte na strachu oraz terrorze i dając początek dynastii Kimów, którzy nadal rządzą Koreą.

Kilkadziesiąt lat później wiersze ze Strof o planie sześcioletnim i Ciętych baniek posłużą przeciwnikom Brzechwy jako koronny dowód jego politycznego koniunkturalizmu. Na początku lat pięćdziesiątych słyszał, że jest za mało ofensywny i krytyczny, że nie obnaża i nie piętnuje, a jeśli nawet to robi, to bez przekonania i literackiej finezji. Partia oczekiwała, że poeci będą przekładali na mowę wiązaną tezy z propagandowych broszur i w dodatku jeszcze będzie to porywające i głębokie.

Jan Brzechwa

Wacław Sadkowski, recenzując Cięte bańki w „Życiu Literackim”, napisał, że wiersze Brzechwy nie są w stanie sprostać wymogom czasów, czytelników i krytyki. Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego postawiła przed ludową satyrą nowe zadania o ogromnej wadze. Te zadania to „wzmożona czujność” i „bojowa ofensywność”, niestety polska satyra nie nadąża za tymi światłymi celami. Kilka celnych wierszy Brzechwy to o wiele za mało na pierwszą linię ideowego frontu. Trzeba, nawoływał Sadkowski, aby satyrycy „atakowali jak najaktywniej pozycje nam przeciwne i wrogie, pozycje kołtuna i kosmopolity, kułaka i zdrajcy-szpiega. A właśnie tego brak satyrze Brzechwy, wpadającej w ton perswazji, zacierającej ostrość podziału i dynamikę walki atmosferą spokojnej deklamowanej polemiki”. Owszem kpi z wroga, bywa to nawet zabawne, ale brakuje w tych kpinach żaru i przekonania.

Sprawa wyglądała poważnie, bo oto kolejny krytyk zarzucał Brzechwie grzech w tamtym czasie niewybaczalny – brak zaangażowania, a być może nawet polityczną niepewność. Sadkowski zaapelował do Brzechwy: „Weźże się do roboty i pomóż już dziś, już zaraz wymiatać zmierzwione wióry kołtunerii. (…) czekamy na porządne, na skórze wroga cięte banie”.

W 1952 roku ukazały się jeszcze dwie książki Brzechwy. Gawęda o dawnych latach, o różnych kandydatach, o posłach i mandatach, o rzekach i mostach, o cudach i starostach, z ilustracjami Jerzego Zaruby, miała formę klasycznej brzechwowskiej bajki dla dzieci, ale naprawdę była aktem oskarżenia skierowanym przeciwko II Rzeczypospolitej. Druga, Stonka i Bronka, też na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwykła bajka, w dodatku z kolorowymi ilustracjami Szancera, ale w istocie była orężem w wojnie, którą państwo i partia wypowiedziały najnowszemu śmiertelnemu wrogowi ustroju – stonce ziemniaczanej.

Gawęda to adresowana do młodzieży opowieść starego Michała o tym, jak było przed wojną. A było niesprawiedliwie. Nieliczni wiedli życie dobre i dostatnie, większość złe. Pasibrzuchy jadły do syta smakowite obiady, biednym brakowało nawet suchego chleba. Bogacze żyli wygodnie w folwarkach, chłopi musieli kołatać o pracę i płacić na bogatych podatki. Fabrykant, kamienicznik, bankier i obszarnik byli w Polsce wszechwładni i bezkarni, gnębili chłopów i ssali krew ostatnią z robotników, a rząd strzelał, kiedy ludzie podnosili głowy. Gdy jednak lud zaczął się burzyć na poważnie, przestraszony rząd postanowił urządzić wybory i pozwolić wybrać chłopom i robotnikom swoich przedstawicieli. Ale takie same wybory, nie pozostawił wątpliwości Michał, mógłby urządzić lis, chcący zwabić do swej nory kury.

Kandydaci jeden po drugi przymilali się do ludu i na wyścigi obiecywali mu, co tylko zechce. Nie ma mostu we wsi? To się go postawi! Że niepotrzebny, bo rzeki też nie ma? Nie szkodzi, rzekę też się załatwi. Kandydaci do parlamentu jak wilki w bajce przebierali się, byle tylko zmylić ludzi. Obszarnik stawał się ludowcem, hrabia chłopem, bankier socjalistą, a fabrykant obrońcą robotniczej sprawy („Wybierzcie go, a będzie byczo!”).

Różne mikołajczyki, warchoły i łgarze,

Krętacze, rozbijacze, zdrajcy i dwójkarze,

Hrabiowie, hitlerowcy, wszelakie psubraty –

Wszystko to wyciągało ręce po mandaty.

Wyciągało i ostatecznie trafiało do sejmu i senatu. Jakim cudem? Cudem nad urną wyborczą! Przychodził starosta, wyjmował z urny kartki z prawdziwymi głosami i wkładał na ich miejsce inne, z nazwiskami tych, których chciała władza („Kto lepiej posmarował, ten posłem zostawał”). A potem, już w sejmie, nowi posłowie żadnej z wyborczych obietnic spełnić nie zamierzali. Uchwalono, że głód i bezrobocie to bajka, robotniczych przywódców wtrącono do więzień, bo „było byczo” i ogólnie państwowo-twórczo. A jak się komu nie podobało, to policja i wojsko uśmierzały bunt. A potem uchwalano nowe podatki, by bogatym żyło się jeszcze lepiej.

Było dużo wiwatów, oklasków, uniesień –

I tak właśnie ich zastał ów tragiczny wrzesień.

Młodzi słuchacze Michała nie mogli mieć wątpliwości jak niesprawiedliwym i ocierającym się o faszyzm państwem była sanacyjna Polska.

Stonka i Bronka to opowieść o groźnej niszczycielce, która chce odebrać ludziom podstawę ich pożywienia i ozdobę stołu – ziemniaki. Zaczyna się sielankowo, niemal mickiewiczowskim opisem zastosowania ziemniaka w polskiej kuchni: do barszczu, na placki, smażone, tłuczone, pieczone: „Ślinka płynie, oko skrzy się, / Gdy ziemniaki dymią w misie”. Niespodziewanie jednak wiosną na polach pojawia się szkodnik – stonka i jej liczna rodzina („Więc małżonek i małżonka, / Brat i siostra i szwagierek, / Ciotek, wujów długi szereg”). Wyłażą spod ziemi, choć tak naprawdę zostały na ziemniaczane pola zrzucone przez wroga.

Stonki rzucają się na ziemniaczane liście i łodygi, pożerając krzak po krzaku („Nagie krzaki płaczą wszędzie: / – Już z ziemniaków nic nie będzie…”). A kiedy już wypełnią brzuchy, składają jaja na krzakach, które mają jeszcze liście. Po ośmiu dniach z jaj wyłażą larwy („Przy czym żadna z nich nie spocznie / Pokąd jeden liść zielony / Został jeszcze niezjedzony”.), a z nich po następnych dwóch tygodniach wykluwają się nowe stonki, jeszcze bardziej głodne i żarłoczne. Wyruszają w zwartych szykach niszczyć kolejne ziemniaczane krzaki i pola.

Tak panoszą się szkodniki

Słane do nas z Ameryki,

Które nadto wróg jest gotów

Zrzucać stale z samolotów.

Plaga stonki dotknęła pod koniec lat czterdziestych XX wieku nie tylko w Polskę ale i na zachodnią Europę. Walka ze szkodnikiem stała się koniecznością, ale komunistyczna propaganda postanowiła upiec przy tym ogniu własną pieczeń i oskarżyła o inwazję owadów „amerykańskich imperialistów”. Stonka, czyli w nowej wersji żuk kolorado, miała zostać zrzucona z samolotów nad Niemiecką Republiką Demokratyczną, Czechosłowacją i nad Bałtykiem, skąd zaczęła ziemniakożerczą ekspansję. Imperialistyczny żuk stał się winny klęski nieurodzaju i niedoborów żywności. „Niesłychana zbrodnia amerykańskich imperialistów”, „Sabotaż wrogów socjalizmu”, „Amerykańscy kandydaci na zbrodniarzy wojny atomowej pokazali próbkę tego, co szykują ludzkości. Tylko ludobójcy mogą zdobyć się na taką ohydę, jaką jest celowe niszczenie pokojowego dorobku pracy ludzkiej, niszczenie plonów przez stonkę ziemniaczaną” – alarmowały gazety. W odpowiedzi rząd podjął uchwalę o mobilizacji społeczeństwa do walki ze szkodnikiem. Płacono za wykryte ogniska stonki i za zebrane owady. Wydana w półmilionowym nakładzie książeczka Brzechwy i Szancera (w 1953 roku ukazało się kolejne 100 000 egzemplarzy) była częścią antystonkowej kampanii.

Jerzy Turowicz (fot. Mariusz Kubik)

Poza zacytowanym fragmentem nie było w niej elementów nachalnie ideologicznych. Miała raczej postraszyć tempem rozmnażania się stonki, co obaj autorzy uczynili z dużym talentem, i zmobilizować dzieci do czujności i pomocy rodzicom. Tytułowa Bronka to pionierka (ma zielony mundurek i czerwoną chustę), która widząc szkodnika, alarmuje Radę Narodową. Pół godziny później wyruszają na ziemniaczane pola drużyny ze środkami owadobójczymi i dzieci z butelkami, do których zbierają żuczki. W jednej z drużyn jest oczywiście Bronka. „Bierzcie wszyscy przykład z Bronki – / Trzeba niszczyć larwy stonki” – pisał Brzechwa.

Do książeczki wydanej przez Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne dołączona została plansza obrazująca rozwój stonki i instrukcja, jak walczyć z owadem, „…bo niebezpieczeństwo z roku na rok jest większe”.

Prasa przyjęła napisaną na polityczne zamówienie książeczkę zgodnie z oczekiwaniami. Zachwycano się potoczystym językiem Brzechwy i sugestywnymi ilustracjami Szancera, dzięki którym Stonka i Bronka była zrozumiała dla wszystkich, od najmłodszych uczniów szkoły podstawowej, po dorosłych, którzy wcześniej żuka kolorado nie widzieli na oczy. Recenzent „Słowa Powszechnego” napisał, że to „…cenny przykład połączenia sztuki pisarskiej dużej klasy z palącymi zagadnieniami życia codziennego, przykład dobrze pojętej artystycznej propagandy i popularyzacji wiedzy”.

Rok 1952 obfitował w mniej lub bardziej udane wydawnictwa propagandowe. Na święto 22 lipca Brzechwa z Minkiewiczem przygotowali wybór politycznych satyr Na obie łopatki. Kilkudziesięciu autorów, z Broniewskim, Gałczyńskim i Tuwimem na czele, opowiadania, wiersze i humoreski o tematyce w większości obyczajowej (wedle obowiązującego kanonu: biurokracja, pozbawieni poczucia humoru działacze i absurdy codziennego życia). Utworów politycznych było zaledwie kilka. Brzechwa umieścił w tomie dwa swoje wiersze – ocierający się o egzaltację apel do młodych, żeby przyłączyli się do walki o lepszy świat ( Na zlot ) i drugi, zdecydowanie bardziej przekonujący, żeby nie zapominali o tym, co w młodości najważniejsze ( Kiedy masz dwadzieścia lat ). O miłości i dziewczynach, których nie mogą zastąpić ani walka ze stonką, ani akcja żniwna, a już na pewno nie zetempowskie zebrania. Jego wiersze ukazywały się też w innych antologiach. Ballada o dwudziestu dwóch mordercach i Kongres („Tak to lew brytyjski ryczy / Na amerykańskiej smyczy”) zostały przedrukowane w Gwoździach do Trumana (razem z wierszami Gałczyńskiego, Słonimskiego, Ważyka i Kerna).

Pod koniec 1952 roku, po siedmiu latach przerwy, pojawiła się nowa szopka noworoczna. Miała trzech autorów, do Brzechwy i Minkiewicza dołączył Antoni Marianowicz. Upominki noworoczne 1953 nie były jednak już tylko inteligencką zabawą, kontynuującą tradycję szopek Tuwima i Słonimskiego, ale propagandowym teatrzykiem kukiełkowym do wystawiania w świetlicach młodzieżowych. Przez siedem lat zmieniło się podejście do satyry. W szopce nie było już ani prezydenta, ani członków rządu i partii. Byli za to imperialiści, hitlerowcy, zdrajcy i emigranci.

Tekst Upominków poprzedzało wprowadzenie Kazimierza Rudzkiego. Doświadczony aktor tłumaczył jak interpretować poszczególne postaci, żeby pozytywni bohaterowie szopki jeszcze bardziej zachwycali, a polityczni wrogowie byli jeszcze bardziej ohydni. Na końcu książeczki umieszczono techniczną instrukcję jak zbudować scenę, w jaki sposób skonstruować kukiełki i jak nimi poruszać.

Szopka składała się z dwóch części, narratorami obu byli Zetempówka („Twarz pogodna, mądra główka…”) i Zetempowiec („Pierwszy w pracy i nauce…”). Bohaterami pozytywnymi pierwszego aktu byli aktor Ludwik Solski, tenisistka Jadwiga Jędrzejowska (polska finalista Wimbledonu), bokser Zygmunt Chychła (mistrz olimpijski z 1952 roku) czechosłowacki biegacz Emil Zatopek (zdobywca trzech złotych medali na olimpiadzie w Helsinkach), a negatywnymi: naciągaczka Wróżka, gruba Spekulantka, leniwy Bumelant, rozpieszczony Maminsynek i biurokrata Fajkowicz. Zetempowiec i Zetempówka przekonywali, że młoda ojczyzna jest piękna i zasługuje na entuzjazm, tylko różne czarne charaktery nie potrafią tego dostrzec i docenić. Dostało się nawet aktywiście Ponurakowi, który biega z zebrania na zebranie, uważa się za starego („dwudziestka za pasem”) a miłość to dla niego „zdrożna rzecz”. Dziewczynie, która chce mu oddać serce gorące, robi wykład „…o żniwach, o stonce”. „Ona mu słodko szepce «Kochanie»… / A on prowadzi ją na zebranie”. „Każdy powinien dla Polski żyć, / Lecz po co takim nudziarzem być?” – przekonuje chłopca Zetempówka. Szopkowy dialog to w istocie rozpisany na głosy wiersz Kiedy masz dwadzieścia lat z tomu Na obie łopatki.

W drugim akcie szopki była już polityka na poważnie. Rozpoczęła się zapowiedziana przez Zetempowca „rewia łajdaków”.

Więc sługusy z Wall Streetu:

Tito, Tito, i ty tu,

Służ i już, gdy każe pan ci,

Tuż tuż biali emigranci,

Esesmani – towar tani

I od Kruppa kupa drani,

Rodzime łotrzyki

Prosto z „Głosu Ameryki”…

Bankier z Wall Street, a tak naprawdę gangster, który nawet o prezydencie USA mówi – lokaj. Marszałek Tito, łańcuchowy pies imperializmu, który za judaszowe dolary wyprzedaje Amerykanom majątek narodowy Jugosławii. Hitlerowiec, który tyle co wyszedł z więzienia, gdzie żył jak w luksusowym hotelu, a teraz zaczyna panoszyć się w Europie i żąda rewizji granic. Wreszcie Emigrant, Polak – przed wojną bił chłopów „po pysku”, zasiadał w sejmie i gościł hitlerowców na polowaniach, a teraz śni o generale Andersie, który przybędzie na białym koniu wyzwolić Polskę. W zamian za nową wojnę gotów jest przesunąć granice i oddać hitlerowcom nie tylko Wrocław oraz Szczecin, ale nawet Łódź. Bo kocha ich b e z g r a n i c z n i e.

Po co się dogadywać. Nikt nie będzie łez lał,

Gdy Szczecin nazwiesz Stettin, a Wrocław znów Breslau.

Zaraz, zaraz… Pan bodaj przeżył okupację

Jako okupant w Łodzi, to jest w Litzmannstacie? (…)

Więc Łódź wasza! Nie mówmy o tym, to drobiazgi.

Prócz nich pojawili się w szopce jeszcze Kułak, który ukrywa zboże, i pozbawiony ideałów Bikiniarz. Obaj oczywiście cieszą się sympatią Amerykanina i Hitlerowca. Nadlatuje jednak gołąbek pokoju, który przynosi nowy rok i przepędza wszystkie złe duchy z Polski. A Zetempowiec staje na środku sceny i recytuje:

Młodzież walczyć potrafi, trudów się nie boi –

W taką wolę niezłomną uzbroimy ramię,

Że przyjaciół dźwigniemy. Wrogów ono złamie!

„Bo taka powinna być właśnie nasza agitacja – celna i wesoła!” – tłumaczył w instrukcji, jak wystawiać Upominki Kazimierz Rudzki. I tak naprawdę to był najzabawniejszy fragment szopki. Antoni Marianowicz wspominał, ze sporą dozą wyrozumiałości dla autorów, że „…nosiła jeszcze nieznośne piętno schematyzmu”.

Po latach Brzechwa zapłaci srogą cenę za swoje zaangażowanie w okresie stalinizmu. Będzie oskarżany o zdradę narodu polskiego, znajdą się politycy, którzy uznają, że jego polityczne wiersze przekreślają dorobek bajkopisarski. Bo ktoś taki jak Brzechwa, kolaborant i konformista, nie może przecież być wychowawcą polskich dzieci, autorytetem i patronem szkół. Ryszard Matuszewski był jednak przekonany, że we wspierających władzę utworach Brzechwy nie było wyrachowania. Pisał panegiryki o planie sześcioletnim nie dlatego – a na pewno nie wyłącznie dlatego – że liczył na jakieś szczególne względy partii. Chyba także nie dlatego, że musiał się bać, że jeśli czegoś nie napisze, to jego życie zamieni się w piekło. Robił to, bo był przekonany, że tak trzeba, że to jego zadanie, „…nie wypierał się swego zapału dla nowego budownictwa w powojennej Polsce”.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Mariusza Urbanka pt. „Brzechwa nie dla dzieci”:

Mariusz Urbanek
„Brzechwa nie dla dzieci”
44,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
ISBN: 978-83-244-0311-0

Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Mariusz Urbanek
Publicysta, pisarz, prawnik. Pracował w tygodnikach „itd”, „Przegląd Tygodniowy”, „Wprost ”. Był reporterem w tygodniku „Polityka”, a także redagował „Wieżę Ciśnień”, dodatek do wrocławskiej „Gazety Wyborczej”. Kieruje działem publicystyki i historii w miesięczniku „Odra”. Napisał m.in. „Broniewski. Miłość, wódka, polityka” (Iskry, 2011).

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy