Autor: Mariusz Wollny
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Sylwetki i biografie, Polska, Europa
Opublikowany: 2017-11-19 17:30
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Ludwik Andegaweński – droga do polskiego tronu

Ludwik Andegaweński jest do dziś jednym z najlepszych dowód na przyjaźń polsko-węgierską. Jego córka była władczynią Wawelu i fundamentem potężnego projektu politycznego. A przecież korzenie jego samego sięgały południowych Włoch.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Ludwik Andegaweński jest jednym z bohaterów serialu „Korona królów”. Dowiedz się więcej o postaciach w nim występujących!

Ludwik Andegaweński (mal. Jan Matejko; domena publiczna)
Pochodził z francuskiej dynastii d’Anjou, w Polsce zwanej andegaweńską, będącej odgałęzieniem potężnego rodu Kapetyngów. O Andegawenach powiadano, że wywodzili się od diabła i jeden w drugiego byli diabłami wcielonymi, choć jak się zdaje dotyczyło to głównie linii francuskiej i angielskiej (Plantagenetów). Być może aby odciąć się od diabelskich korzeni, przodek Ludwika wywojował sobie własne królestwo w południowych Włoszech, zdobywając Neapol i Sycylię. Jego dziadek zaś został królem węgierskim, kiedy opróżniła tron rdzenna dynastia Arpadów, ale za to stracił dziedzictwo neapolitańskie.

Ludwik był synem Karola Roberta (przyjaciela naszego Łokietka) i jego trzeciej żony, Elżbiety Łokietkówny. Karol Robert, wielki światowiec, wybudował 20 km od stolicy Węgier Budy, w Wyszehradzie, nowy wspaniały pałac o 350 komnatach i salach balowych. Dziś jest on w ruinie, ale wówczas tętnił życiem, zaludniony przez tłumy dworzan i gości z Francji, Włoch, Niemiec, Polski i innych krajów, Madziarów oczywiście nie licząc. Obowiązywał francuski ceremoniał, bizantyjski przepych i włoska moda. Sławny włoski poeta Dante umieścił nawet Karola Roberta w swoim arcydziele Boska komedia i to w trzeciej części – Raju, choć miał jeszcze do wyboru Piekło (wiadomo, czym wybrukowane) i Czyściec.

Ludwik dorastał zatem w znakomitym otoczeniu i odebrał staranne wychowanie. Pod okiem dwóch wybitnych pedagogów wyrósł na młodzieńca wykształconego (kochał literaturę i z zapałem studiował astronomię) i pobożnego, idąc w ślady ojca, który kiedyś tak się zagalopował, że ślubował odmawiać codziennie 200 Ojcze nasz i zdrowasiek. Jednak nie poradził i ubłagał papieża o zmniejszenie dawki do piętnastu pacierzy i to odmawianych przez wyznaczonego duchownego, ale liczą się przecież dobre chęci (acz wiadomo, co jest nimi wybrukowane).

Wizerunek Karola Roberta na banknocie węgierskim z 1998 r. (domena publiczna).

Ludwik musiał szybko dorosnąć, bowiem królem Węgier, po śmierci ojca, został mając zaledwie 16 lat. Okazał się znakomitym politykiem, co wcale nie oznacza chodzącego ideału. Przekonał się o tym sam papież Innocenty VI, który zachwycał się Ludwikiem, nazywając go „najświątobliwszym, najukochańszym książęciem, pierworodnym Świętego Kościoła Bożego, prawdziwym synem łaski, arcychrześcijańskim królem”, a wyprawiając Ludwika na wyprawę krzyżową przeciwko heretyckim (heretyk albo kacerz to odstępca od wiary) Bośniakom przydał mu tytuł chorążego Kościoła. Tymczasem Ludwik zamiast na wyrodnych Bośniaków uderzył na arcykatolickich Wenecjan i odebrał im bogatą prowincję – Dalmację. Dawał też inne dowody zdecydowania i bezwzględności.

Miał czterech braci, którzy wcześnie zmarli, ponieważ wszyscy Andegawenowie byli obciążeni jakąś dziedziczną chorobą i nie dożywali sędziwego wieku. Jednak jednemu z nich, 17-letniemu Andrzejowi, w opuszczeniu tego padołu wydatnie pomogła piękna lecz niecnotliwa małżonka, Joanna, którą pojął, by odzyskać Królestwo Neapolu i Sycylii. Mąż nie przypadł do gustu Joannie, więc przy pomocy swoich wielbicieli wyprosiła go z sypialni, tyle że przez okno i dla pewności wcześniej uduszonego. Ludwik w odwecie najechał Neapol, rozprawił się ze wspólnikami morderczyni, ale Joanny nie pochwycił. Jednak niewiele lat potem zginęła uduszona, a jak podejrzewano, Ludwik maczał w tym palce. Nie darmo jego mamie przypisuje się powiedzonko: Królowie mają długie ręce.

Nie był jednak okrutnikiem. Gdy pewnego razu we Włoszech dla kaprysu kazał swemu koniuszemu rzucić się do rzeki, to potem sam skoczył w wodę i uratował tonącego.

Herb Ludwika Węgierskiego (domena publiczna)
Dobrze dowodził wojskiem, ale do walki się nie palił. Podczas tej samej wyprawy włoskiej wyzwany na pojedynek przez Ludwika z Tarentu nie podjął rękawicy, bo miał głowę na karku i nie chciał, żeby mu ją jakiś zakuty łeb poobijał.

Za to lubił czytać, posiadał wcale pokaźną bibliotekę, często oddawał się medytacjom. Dużo się modlił, nosił na szyi relikwiarz, codziennie odprawiał różaniec, wstawał zaś skoro świt i, ku utrapieniu zaspanych dworzan, zaczynał dzień od mszy. Wielką czcią otaczał Najświętszą Panienkę. Malowane przez sławnych artystów obrazy Matki Boskiej, w koszulkach ze srebrnej blachy z wytłoczonymi liliami andegaweńskimi oraz w srebrnych ramach zdobionych w herby państwowe polskie i węgierskie, rozsyłał po klasztorach. Być może takim darem Ludwika jest sławny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej albo przynajmniej pierwotna rama do niego.

Uprawiał wróżbiarstwo i astrologię, ale przede wszystkim był kolekcjonerem. Z zapałem zbierał relikwie i miał ich pokaźną kolekcję. Zawierając pokój z Wenecją w 1381 r., zażądał relikwii św. Pawła Eremity, a kiedy dostał ciało bez trzech palców, tak długo się wykłócał, aż uwzględniono reklamację i uzupełniono braki. Aż dziw, że odżałował dla innego zbieracza, cesarza Karola IV, obrus z Ostatniej Wieczerzy. Pasja męża przeniosła się na żonę, piękną Elżbietę Bośniaczkę, która jednak mądrością nie grzeszyła. Już jako wdowa, bawiąc w Zadarze w Dalmacji,

ukradła palec (znów palec – ta część ciała prześladowała rodzinę) z relikwii św. Szymona. Lecz złapały ją mdłości (wiadomo – kradzione nie tuczy), gdy z łupem opuszczała kościół, więc oddała zdobycz, a za pokutę ufundowała pokrzywdzonemu świętemu srebrną trumnę z wizerunkiem swoim i wszystkich trzech córek.

Jednak największą pasją Ludwika było kolekcjonowanie księstw i królestw. A zbiór miał zaiste imponujący. Nosił tytuły króla Węgier, Dalmacji, Kroacji, Ramy, Serbii, Galicji i Lodomerii, Komanii i Bułgarii, a rościł pretensje do Neapolu i Sycylii. Nie dziwota, że uginał się pod tymi wszystkimi tytułami i może dlatego był lekko garbaty. Mimo to, gdy nadarzyła się okazja, z ochotą włączył do kolekcji Królestwo Polskie.

Tekst jest fragmentem książki Mariusza Wollnego „Był sobie król... Poczet Jagiellonów”:

Mariusz Wollny
„Był sobie król... Poczet Jagiellonów”
64,90 zł
Wydawca: JAMA
Ilustracje: Zuza Wollny
Data i miejsce wydania: Kraków, 2017

Dwa bratanki - wuj i siostrzeniec

Polak, Węgier – dwa bratanki, i do szabli i do szklanki, nie bez kozery powiada znane porzekadło. Bo i prawdą jest, że od najdawniejszych czasów Polacy i Madziarzy na ogół żyli w wielkiej przyjaźni, a jeśli się czasem kłócili, to tylko po to, żeby jakoś ożywić tak nudne sąsiedztwo. Rodzinna sielanka najpiękniej rozkwitła za czasów dwóch ostatnich Piastów.

Władysław Łokietek (mal. Jan Matejko)
W 1320 r. Łokietek wydał córkę za Karola Roberta, a dziewięć lat później posłał na Węgry 19-letniego syna Kazimierza, aby załatwił ważne sprawy polityczne, a przy okazji ogładził się w wytwornym towarzystwie. Tymczasem polskiego królewicza bardziej od polityki interesowały sprawy zgoła niepolityczne. Zaś starsza siostra Elżbieta tak dogadzała Kaźkowi, że razem wywołali potężną awanturę (szczegóły w [Był sobie król... Poczet Piastów]), w której trup ścielił się gęsto, a Elżbieta straciła cztery (cóż by innego!) palce, ciachnięte mieczem. Odtąd nazywano ją Królową Kikutą, Kazimierz (bardzo wówczas Niewielki) chyłkiem wrócił do ojczyzny, ale przyjaźni polsko-węgierskiej to nie nadwątliło.

W 1335 r., już jako król, Kazimierz znów przybył do Wyszehradu i zawarł z Karolem Robertem umowę. W zamian za pomoc w podboju Rusi obiecał szwagrowi swój tron dla jego potomków w przypadku, gdyby zmarł nie pozostawiwszy dziedzica. Zaledwie 25-letni, krzepki i silny Kazimierz, spoglądając na chuderlawego, 9-letniego Ludwisia i jego jeszcze bardziej cherlawych braciszków, zapewne śmiał się w kułak i ukradkiem zacierał ręce, mniemając, że za darmo ubija świetny interes. Gdzieżby mu wtedy przyszło do głowy, że nie będzie miał syna!

Węgrzy natomiast potraktowali sprawę bardzo serio i rzetelnie wywiązywali się ze swych zobowiązań. W 1351 r. ruszyła kolejna wielka wyprawa na Ruś, aby odbić jej część z rąk Litwinów, i tym razem, oprócz Kazimierza Wielkiego, brał w niej udział także Ludwik. Wcześniej uzgodniono, że jeśli Kazimierz (nadal bezpotomny) doczeka się jednak dziedzica, Węgrzy będą mogli odkupić Ruś za 100 tysięcy złotych florenów, a jeśli nie, Ruś zostanie przy Polsce i razem z nią przejdzie pod panowanie Ludwika.

Ekspedycja zaczęła się niefortunnie, bo pod Lublinem Kazimierz ciężko się rozchorował i w kampanii już nie uczestniczył. Zapobiegliwy Ludwik skorzystał z okazji i na wypadek śmierci wuja odebrał od polskich rycerzy potwierdzenie swego prawa do tronu po Kazimierzu. Po czym pokonał Litwinów, wziął do niewoli księcia Kiejstuta i wymógł na nim obietnicę chrztu, bowiem Litwini wciąż jeszcze byli poganami. Kiejstut, wielki zawadiaka i filut, zaprzysiągł to na litewską modłę, a było na co popatrzeć.

Imaginacja I

  • Naprawdę się ochrzcisz, nie łżesz?- upewnił się podejrzliwy Ludwik, węsząc podstęp, bo dobrze wiedział, że prawy Litwin boi się święconej wody bardziej niż diabeł.

  • Żebym tak zdrów był! A wszyscy moi wojownicy razem ze mną – zarzekał się Kiejstut bijąc się w piersi, po czym mrugnął szelmowsko do swoich i zawołał:

  • Dawać tu czerwonego wołu, a nuże!

    Zaraz też przyprowadzono zwierzę i przywiązano je do dwóch pni, Kiejstut zaś wyjął zza pasa nóż i cisnął nim tak gracko, że trafił w szyję wołu i z tętnicy chlusnęła krew. Wszyscy Litwini rozmazali ją sobie na rękach i twarzach i wrzasnęli jednym głosem:

  • „Rogachina roznenachy gospanany”!

    Kronikarz węgierski, wszystko pilnie notujący dla potomności, trącił najbliżej stojącego Litwina, któremu z umazanych krwią oczu patrzyło, że zna obce języki, i zapytał go:

  • Co to znaczy?

  • To znaczy: „Boże, przez wzgląd na nas i na nasze dusze, spójrz na wołu, a przysięgę dziś przez nas złożoną miej za spełnioną”.

  • Niesłychane! – zachwycił się Madziar. – Toż mogliby wam pozazdrościć słynący z krótkości a węzłowatości swojej mowy starożytni mieszkańcy Lakonii, skoro trzy słowa litewskie wystarczają za dwadzieścia w innym języku!

  • Ba! – odparł Litwin lakonicznie, co na staropolszczyznę da się przełożyć mniej więcej tak: A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Litwini nie gęsi, iż swój język mają!

    Tymczasem Kiejstut oderżnął wołu łeb i oddzielił go od karku na tyle, by przez uczynioną przerwę zdołał się przecisnąć on sam, a następnie jego wojownicy, co też uczynili z ochotą, a tak się im to spodobało, że powtórzyli zabawę trzykrotnie.

Przysięga Kiejstuta wyglądała tak osobliwie, nawet jak na litewskie zwyczaje, jakby cały malowniczy obrządek wymyślił na poczekaniu. A nawet jeśli nie, to jako rasowy polityk ani myślał ją spełnić. Trzy dni grzecznie podążał u boku Ludwika na Węgry, by tam przyjąć chrzest ku chwale króla węgierskiego a na pohybel litewskim bogom, po czym nagle zniknął jak kamfora. Książę płocki Bolesław pechowo stanął mu na drodze, więc przeniósł się w zaświaty, co bynajmniej nie okryło żałobą Kazimierza Wielkiego, który zaraz zagarnął osieroconą przez krewniaka ziemię płocką.

Kazimierz Wielki (1310-1377) (domena publiczna)

Ostatni raz za życia wuja Ludwik gościł w Polsce w 1364 r. podczas słynnego zjazdu monarchów w Krakowie. Kazimierz Wielki wystąpił wtedy w roli rozjemcy, który godził Ludwika z powaśnionym z nim cesarzem Karolem IV. A poszło o to, że cesarz brzydko wyraził się o mamie Ludwika a siostrze Kazimierza i zapachniało wojną. Na szczęście wszystko rozeszło się po kościach, których całe ogryzione stosy zostały po słynnej uczcie, jaką dla dostojnych gości wydał rajca krakowski Wierzynek.

Przy okazji Kazimierz, który właśnie planował kolejny ożenek, uzyskał od siostrzeńca obietnicę, że pierwszeństwo do tronu polskiego będzie miał syn zrodzony z tego związku. Ale nici z tych planów wyszły, Kazimierz zmarł nie zostawiwszy męskiego potomka i po polską koronę, jak było dawno ustalone, sięgnął Ludwik. I tak doszło do unii polsko-węgierskiej (drugiej po unii polsko-czeskiej sprzed niespełna wieku, lecz nie ostatniej) – jeden władca swoją osobą połączył dwa osobne państwa.

Tekst jest fragmentem książki Mariusza Wollnego „Był sobie król... Poczet Jagiellonów”:

Mariusz Wollny
„Był sobie król... Poczet Jagiellonów”
64,90 zł
Wydawca: JAMA
Ilustracje: Zuza Wollny
Data i miejsce wydania: Kraków, 2017

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Mariusz Wollny
Mariusz Wollny jest z wykształcenia etnografem.Z zamiłowania historykiem i amerykanistą. Oprócz powieści historycznych pisze także książki popularnonaukowe i opowiadania dla dzieci. Mieszka w Krakowie.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy