Zbigniew Mikołejko: fascynuje mnie to, co w hagiografii najdziwniejsze

Od św. Wojciecha do św. Jana Pawła II – w polskim katolicyzmie funkcjonuje kilkudziesięciu często bardzo różnych świętych. O kanonizowane władczynie, Jana Pawła II i wzór współczesnego świętego pytamy prof. Zbigniewa Mikołejkę, religioznawcę i filozofa, autora książki _Żywoty świętych poprawione ponownie_.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Tomasz Leszkowicz: Żyjemy w czasach, w których „dyżurnym” polskim świętym został Jan Paweł II, postać wybitna i najbliższa naszym czasom. Czy jednak taka sytuacja nie ogranicza współczesnego polskiego myślenia o świętych?

Zbigniew Mikołejko – religioznawca, filozof, eseista, Kierownik Zakładu Badań nad Religią i profesor w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, członek Akademii Amerykańskiej w Rzymie. Autor m.in. Katolicka filozofia kultury w Polsce w epoce modernizmu (1987), Mity tradycjonalizmu integralnego (1998), Emaus oraz inne spojrzenia do wnętrza Pisma (1998), Śmierć i tekst. Sytuacja ostateczna w perspektywie słowa (2001), W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu (2009), We władzy wisielca, t. 1–2 (2012–2014), Jak błądzić skutecznie. Prof. Zbigniew Mikołejko w rozmowie z Dorotą Kowalską (2013). Ostatnio nakładem Wydawnictwa Iskry ukazała się jego książka Żywoty świętych poprawione ponownie (fot. Wydawnictwo Iskry).
Zbigniew Mikołejko: Trudno się dziwić tak wielkiemu znaczeniu Jana Pawła II. Był bez wątpienia najwybitniejszym i najbardziej znanym Polakiem naszych czasów. Takim nadto, którego długa obecność na tronie papieskim – bo to był drugi co do długości pontyfikat w dziejach Kościoła – stanowiła arcyważny element doświadczenia ludzi kilku pokoleń. I pojawił się w czasach, najoględniej mówiąc, podłych – kiedyśmy doświadczali i zniewolenia, i strasznego poczucia braku wartości. Braku znaczenia w świecie, a i we własnym kraju. A tu oto, proszę, jak napisał Czesław Miłosz: „Na dnie swojej nędzy Polska dostała króla, i to takiego, o jakim śniła z piastowskiego szczepu, sędziego pod jabłoniami, nieuwikłanego w skrzeczącą rzeczywistość polityki. […] Król nosiciel wiary mesjanicznej, głęboko przekonany, że istnieje państwo duchów, gdzie odbywają się zapasy, zmagania, triumfy, tuż obok tej drugiej historii żywych, ale w ścisłym związku [...]. Podróże Jana Pawła do Polski mogą być rozumiane jako walka toczona w zaświatach o jej duszę. Jakby każde łączenie się tysięcy jego słuchaczy w braterskiej miłości, choćby na krótko, poruszało niebiosa, zdarzało się razem i tam, i tu na ziemi. Czyżby wiedział z góry, że ze zbiorowego poniżenia potrafi ludzi podnieść w insurekcji bezkrwawej? Że może nastąpić coś takiego jak Solidarność, na miarę niekrwiożerczych nawyków tego ludu? I jakby odpowiedź symboliczna na pytanie Stalina: A ile papież ma dywizji?”.

Doświadczyliśmy i doświadczaliśmy zatem długo, w procesie swoistej kompensacji dziejowej, obecności realnej kogoś takiego. Rzadkie to w naszych dziejach okazje i rzadka wielkość. Zastanawiam się czasem, jakie inne postaci z kart polskiej historii można by z nim umieścić w jednym szeregu. Najpierw więc kilku władców: Mieszka I, Bolesława Chrobrego, Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego, Jadwigę i Jagiełłę, Kazimierza Jagiellończyka, obu jagiellońskich Zygmuntów, Batorego… Potem kilku ludzi literatury, absolutnie posągowej wielkości: Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Prusa, Wyspiańskiego i Żeromskiego… Z ludzi Kościoła – chyba tylko kardynała Stefana Wyszyńskiego i paru doprawdy niezwykłych świętych, jak Wojciech Sławnikowic albo Brat Albert, może Faustyna… O politykach nie chcę w ogóle wspominać, nawet o Piłsudskim.

Jan Paweł II na lotnisko w Gdyni w 1987 roku (opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0).

No więc na ponad lat tysiąc ledwie garstka ludzi o wielkości niezwykłej i wyjątkowej. Nic dziwnego zatem, że obecność polskiego papieża tak mocno ciąży nie tylko na naszych wyobrażeniach o świętości, ale i – ciągle jeszcze – na polskiej wierze, polskim Kościele, który teraz zdaje się zupełnie nijaki pod względem duchowym. A w wymiarze kulturowym i polityczno-społecznym, także moralnym, znalazł się – gdy już Jana Pawła nie stało – na zupełnych manowcach. W ideologicznych koleinach, z których niezwykle trudno, jeśli kiedykolwiek, będzie mu się wydobyć.

T.L.: W średniowieczu Polska nie dorobiła się (jak inne państwa Europy) swojego świętego monarchy (królewicz Kazimierz to trochę inny przypadek), za to w gronie świętych znalazły się trzy władczynie. Czy mówi to coś o polskim Kościele, czy szerzej – katolicyzmie?

Z.M.: Mówi Pan oczywiście o świętej Kindze oraz o obu świętych Jadwigach – Śląskiej i Andegaweńskiej. Między nimi była jednak pewna różnica, nie tylko formalna.

XIX-wieczny wizerunek św. Jadwigi Królowej adorującej Chrystusa (domena publiczna).
Otóż tylko jedna z nich – Jadwiga Andegaweńska, „Lilia Wawelu”, jedna zresztą z moich ulubionych postaci polskich dziejów – była „świętym monarchą” w tym sensie, do którego Pan nawiązuje. Była bowiem w istocie królem, nie królową. I tak właściwie powinniśmy mówić – król Jadwiga - gdyby nie językowe prawidła. Natomiast Jagiełło za jej życie pełnił rolę, mówię tu o jego statusie symbolicznym i prawnym, króla-małżonka. A to, że on właśnie pojawiał się na pierwszym planie i podejmował decyzje, wynikało po prostu z patriarchalizmu ówczesnej kultury, z obwarowanej prawem i obyczajem absolutnej przewagi męża nad żoną. Z tym jednak, że – w odróżnieniu od późniejszych żon Jagiełły – Jadwiga miała ogromną samodzielność, że jej pozycja własna, wynikająca także z głębokiej wiary, była w Polsce i poza Polską szczególna. Że wiele też decyzji małżonkowie podejmowali wspólnie. A Jadwidze zdarzało się, już w okresie małżeństwa z Władysławem, pełnić przynależną jej rolę króla i wodza. Tak stało się między innymi podczas bitwy pod Stubnem w lutym 1387 roku, nazywanej „bitwą dwóch sióstr”. Jadwiga poprowadziła wówczas wojska polskie przeciw węgierskiej armii swej siostry, Marii Andegaweńskiej. I odniosły one wówczas zwycięstwo, pozwalając Polsce na opanowanie Lwowa, Halicza i całej Rusi Czerwonej, a zarazem też uwalniając prawosławnych Rusinów od drastycznych form religijnej przemocy, jakie im aplikowali węgierscy starości.

Dwie pozostałe władczynie – księżne – były natomiast „zaledwie” żonami panujących, bardzo zresztą eminentnych. Jadwiga Śląska poślubiła zatem Henryka Brodatego, założyciela „monarchii Henryków Śląskich”, zmierzającego – nie bez rozmaitych sukcesów – do zjednoczenia rozbitego na dzielnice królestwa i zyskania nawet korony. Kinga zaś Bolesława Wstydliwego, księcia krakowskiego, ostatniego przedstawiciela małopolskiej linii Piastów.

Polecamy książkę prof. Zbigniewa Mikołejki pt. „Żywoty świętych poprawione ponownie”:

Zbigniew Mikołejko
„Żywoty świętych poprawione ponownie”
49,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Format: 150 x 235
ISBN: 978-83-244-0455-1
EAN: 9788324404551

Św. Jadwiga Śląska (aut. Jan Matejko, domena publiczna).
Obie one przedstawiają inny i wcześniejszy typ duchowości średniowiecznej niż Królowa Jadwiga, łącząca głęboką żarliwość wewnętrzną z trzeźwą, rozumną praktycznością, postawę – nawiązując do ewangelicznych sióstr z Betanii – Marii z postawą Marty. Księżne natomiast praktykowały radykalną, niezwykle drastyczną, nawet dla współczesnych, ascezę i seksualną abstynencję – Kinga przez całe życie, Jadwiga od pewnego dopiero momentu. O ile jednak druga stała się postacią ważną dla powszechnej polskiej tradycji religijnej, a także dla „polskich dziejów malowanych”, dla naszej „klechdy domowej”, o czym świadczą choćby rozmaite popularne legendy, o tyle druga nie zyskała takiego miejsca. Sprawiła to jej niesłychana surowość, połączona z narzucaniem swej postawy otoczeniu, sprawiło to swoiste „skamienienie serca”, wynikłe z pisanych jej życiowych dramatów. Nie bez znaczenia było również jej mocne przyczynie się do germanizacji Śląska. Polacy zatem modlili się przez stulecia do „świętej” Jadwigi Królowej, która nie była jeszcze wyniesiona na ołtarze, nie do niej, bardzo szybko kanonizowanej.

W istocie jednak Pańskie pytanie zmierza do czegoś głębszego. Bo za sprawą tych świętych wybitnych władczyń odsłania się niezwykły i szczególny rys polskiej duchowości i kultury. Ukazuje się mianowicie, co różni nas zdecydowanie od innych krajów Europy, czytelna nie tylko w średniowieczu, jej specyficzna żeńskość czy też kobiecość. Bitwa pod Grunwaldem – by ograniczyć się do tego niezwykle wymownego przykładu – była zatem nie tyle zderzeniem, jak utrzymywali i utrzymują badacze o mocnej „narodowej” orientacji, polskości i niemieckości, ile zderzeniem dwóch odrębnych typów chrześcijańskiej cywilizacji Zachodu. Tej chrystocentrycznej, „męskiej” i pasyjnej z tą maryjną, „kobiecą” – nie darmo przecież Krzyżacy śpiewali przed bojem staroniemiecką pieśń wielkanocną Christ ist erstanden (Chrystus zmartwychwstan jest), Polacy zaś Bogarodzicę.

T.L.: Jakich „typów” świętych mamy w polskim kanonie pod dostatkiem, a jakich nam brakuje?

Św. Urszula Ledóchowska (domena publiczna).
Z.M.: Mamy nazbyt wielu świętych w sukniach duchownych – biskupów, księży, zakonników i zakonnic (nawet wspomniane tu obie księżne stały się fundatorkami klasztorów i ostatecznie zakonnicami). Brakuje zaś ludzi świeckich rozmaitych profesji, pełniących różne role społeczne we wszystkich środowiskach. To byłoby zresztą zgodne z konstatacją soboru watykańskiego II, że wszyscy są powołani do świętości, że w Kościele nie ma pod tym względem grup wyróżnionych.

Ta ogromna, drastyczna przewaga duchownych ujawnia radykalnie klerykalny charakter polskiego katolicyzmu, w obrębie którego Lud Boży ma niewielkie znaczenie, zasadniczą zaś rolę odgrywają duchowni, odgrywa hierarchia.

Przeważają także wśród polskich świętych osoby z Galicji rodem, albo takie, których działalność i życie mocno się z Galicją wiązały. To wynika głównie z „polityki kanonizacyjnej” Jana Pawła II, przywiązanego mocno do bliskiego mu kręgu kulturowego – ale oczywiście nie tylko. W dawniejszych epokach było też wielu świętych polskich obcego pochodzenia, chyba nawet mieli oni ilościową przewagę – ale w czasach nam bliższych to się zmieniło.

T.L.: W książce w różny sposób korzysta Pan Profesor z hagiografii. Jaki jest Pana sposób na to wymagające źródło historyczne?

Św. Jan z Dukli ratuje Lwów w 1648 roku (domena publiczna).
Z.M.: Och, hagiografia, zwłaszcza ta starsza, to fantastyczne źródło! Jasne, rzecz jasna, że jest ona dla mnie kopalnią faktów – takich zwłaszcza, wobec których nie tylko historyk dzisiejszy, ale i współczesny człowiek wiary, starałby się zachować trzeźwy dystans. A mnie, przeciwnie, najmocniej fascynują rzeczy najdziwniejsze w tej hagiografii, absolutnie nie dające się pogodzić z rozumem i doświadczeniem, wszystkie te niebywałe cudowności, wszystkie te skrajności, szaleństwa nawet, ascezy i dewocji. Cały ten karnawał – bo jak inaczej to nazwać? – religijnej wyobraźni, w obrębie której wszystko jest możliwe.

No i nie bez znaczenia jest język tych pobożnych historii: niezwykle jędrny, zmysłowy, meandryczny, najeżony metaforami, pełen słów zapomnianych czy rzadkich, oscylujący między patosem a trywialnością, zawsze żarliwy i naiwny tą naiwnością, jaką daje pewność wierzenia – w rzeczy, w które dzisiaj nie bylibyśmy w stanie uwierzyć.

Tak, ten język jest wielką dla mnie pokusą, pokusą prawie – proszę wybaczyć – szatańską. Ulegam mu, daję mu się zwodzić na manowce. A przy tym jest to wielka lekcja polskości – różnych właściwie polskości – już teraz nieobecnych. Takich, które wytrzebiła straszliwie z naszego mówienia dzisiejsza „nowomowa” w różnych swoich postaciach i przejawach.

Polecamy książkę prof. Zbigniewa Mikołejki pt. „Żywoty świętych poprawione ponownie”:

Zbigniew Mikołejko
„Żywoty świętych poprawione ponownie”
49,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Format: 150 x 235
ISBN: 978-83-244-0455-1
EAN: 9788324404551

T.L.: Myśląc o współczesnych polskich świętych przychodzą nam do głowy bardzo popularne postacie: Albert Chmielowski, Faustyna Kowalska, Maksymilian Maria Kolbe. Czy święty współczesny różni się od świętego z dawnych wieków?

Św. Maksymilian Maria Kolbe (domena publiczna).
Z.M.: Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to ważne Pańskie pytanie. Gdybym jednak chciał pokusić się o poszukanie jakichś bardziej istotnych różnic, znalazłbym je chyba w tym najpierw, że obecnie nie liczy się aż tak bardzo ascetyczność praktyki, a drastyczne jej przejawy, jakie znamy ze starych żywotów, budzą raczej zgrozę niż fascynację i wiarę.

Nie traci oczywiście na znaczeniu męczeństwo, ale ono w polskich warunkach ma rys szczególny – związany z doświadczeniem totalitaryzmów, hitlerowskiego czy komunistycznego. Jest więc, i owszem, czymś przyjętym na siebie z motywów religijnych, ale sami sprawcy męki nie kierowali się już w swoich straszliwych postępkach motywami wynikłymi z odmiennej wiary, lecz pobudkami ideologicznymi albo politycznymi.

Dzisiejszych świętych wynosi się zarazem na ołtarze, wskazując przede wszystkim na ich głęboką wiarę, na duchowość, na oddanie Bogu oraz bliźniemu, podkreślając ich działanie na rzecz dobra innego człowieka, przede wszystkim na rzecz ubogich, cierpiących, chorych, osieroconych, doświadczonych strasznie przez los. Mniejsze znaczenie mają natomiast cudy – a jeśli już, to te zwłaszcza, które łączą się z ozdrowieniem za wstawiennictwem jakiejś świętej osoby. Mówiło się zresztą, że papież Benedykt XVI zastanawiał się nad wyeliminowaniem w ogóle wymogu cudu z procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego – jako swoistego „przeżytku”, znamiennego zwłaszcza dla religijności starożytnej, średniowiecznej czy kontrreformacyjnej, która z rozmaitych powodów domagała się jakby namacalności i widowiskowości, domagała się swoistego spektaklu wiary.

T.L.: Znaczenie kultu św. Wojciecha czy św. Stanisława w czasach rozbicia dzielnicowego to kwestia dobrze znana. Ale czy inni polscy święci byli „polityczni”? W jaki sposób można świętego „upolitycznić”?

Św. Stanisław Kaźmierczyk (domena publiczna).
Z.M.: Właściwie prawie każdy z polskich świętych był i jest – a pewnie i będzie – jakimś „medium” polityczności, jakimś jej symbolem czy emanacją. I nie ma się co dziwić. To, co polityczne, zawsze się bowiem niezwykle mocno zrasta z tym, co religijne. I pozostają one – by tak rzec – w trwałym, dialektycznym sprzężeniu: jedno nieustannie i wielostronnie stale wpływa na drugie.

Dzieje się tak szczególnie – jak zwraca uwagę Karen Armstrong w Polach krwi, swojej fundamentalnej książce o przemocy i sacrum – w przypadku państwa czy też imperium agrarnego, kraju o kulturze i świadomości rolniczej. A Polska była prawie przez cały okres swych dziejów – i w znacznej mierze jest nadal – właśnie krajem agrarnym, światem o mentalności agrarnej, z przypisaną mu niezmiennością duchowego czy, szerzej, egzystencjalnego horyzontu, z niezwykle silnym i głębokim odczuciem świętości Ziemi i Krwi. Dlatego niewielu tylko świętych ma dla nas znaczenie niepolityczne – to święci cokolwiek dla nas peryferyjni i mało znani, jak Andrzej Świerad, albo powiązani z lokalną dewocją krakowską oraz działalnością dobroczynną w dobie późnego średniowiecza, jak Szymon z Lipnicy albo Stanisław Kaźmierczyk.

T.L.: Czy, używając oczywiście publicystycznych uproszczeń, „zwykły wierny” i „wierzący inteligent” potrzebują innego rodzaju świętych?

Z.M.: Tak, chyba tak. Zawsze jednak tak było, że tak zwana kultura wysoka żywiła się innymi obrazami świętości niż tak zwana kultura niska, ludowa albo plebejska.

Św. Brat Albert (Adam Chmielowski) (aut. Leon Wyczółkowski, domena publiczna).
Ta pierwsza raczej szukała takich wzorców świętości, które wiązały się z głębią i autentyzmem religijnych doświadczeń, z mistycznym natchnieniem i intelektualną pracą. Ta „niska” natomiast – z jednej strony – koncentrowała się na świętości spektakularnej i zmysłowej, na zachwycających zdarzeniach, które można zobaczyć, choćby tylko w wyobraźni czy na pobożnych ikonach, czy dotknąć, choćby poprzez fizyczny kontakt z relikwiami, miejscami męki, grobami. Z drugiej jednak strony skłaniała się ona, z racji najzupełniej oczywistych, ku świętości pokornej i ubogiej, przychylnej światu nędzy i upokorzenia, macierzyńskiej i opiekuńczej.

Ale w dziejach świętości polskiej były takie osoby, nadal ważne, które łączą niejako te dwie kultury świętości – to na pewno Królowa Jadwiga oraz Brat Albert.

Polecamy książkę prof. Zbigniewa Mikołejki pt. „Żywoty świętych poprawione ponownie”:

Zbigniew Mikołejko
„Żywoty świętych poprawione ponownie”
49,90 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Format: 150 x 235
ISBN: 978-83-244-0455-1
EAN: 9788324404551

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Tomasz Leszkowicz
Doktor historii, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Redaktor działu naukowego, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku, redaktor naczelny Histmag.org od grudnia 2014 roku do lipca 2017 roku. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesuje się także społeczno-polityczną historią wojska. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Autor artykułów w czasopismach naukowych i popularnych. W czasie wolnym gra w gry z serii Europa Universalis, słucha starego rocka i ogląda seriale.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy