Opublikowano
2015-04-13 18:40
Licencja
Prawa zastrzeżone

Jarosław Iwaszkiewicz i początki Skamandra

Jesienią 1918 historia mknęła z prędkością strzały. Gdy Jarosław Iwaszkiewicz przybył z Kijowa do Warszawy narodziła się wolna Polska i największa grupa poetycka II RP - Skamander. Jak wyglądały trudne początki Skamandra?


Strony:
1 2 3 4

Brązowy kufer podróżny, z którym 14 października 1918 roku Jarosław Iwaszkiewicz znalazł się w Warszawie, wypełniały rękopisy wierszy, prozy, dramatów, przekładów, partytury kompozycji, egzemplarze pism „Pióro” i „Kłosy ukraińskie” z trzema opublikowanymi wierszami oraz ważne książki, zdjęcia i listy. Ostatnie znajdujące się w tym kufrze poetyckie utwory będzie włączał do swych tomów jeszcze dwadzieścia lat później, w 1938 roku.

Jarosław Iwaszkiewicz u kresu życia Myśląc z dystansu lat o sobie jako młodym poecie-reemigrancie, Iwaszkiewicz nie szczędził tej postaci złośliwości. „Chude, wielkie, brzydkie i nieporadne chłopczysko, jakie w tym dniu weszło na ulice Warszawy, miało w sobie tyle nieśmiałości, a jednocześnie tak było kanciaste, że od razu potrafiło sobie zrazić wszystkich, z którymi się zaczęło stykać” – pisał. „Orzeszkowa nazwałaby mnie w tej epoce «dzikim» – i rzeczywiście byłem trochę dziki, gorzej – nawet dziwaczny i do dziwactw swoich przywiązany”.

Pierwsze kroki skierował do Mieczysława Kozłowskiego. Nazajutrz obaj przyjaciele złożyli wizytę mecenasowi poety, Augustowi Iwańskiemu. Zajmował on dwupokojowe mieszkanie przy ulicy Wiejskiej 21 i zaprosił do siebie Jarosława, a z powodu wyjazdu właściciela przeprowadził się do niego na tydzień również Kozłowski. Prócz realizacji poleceń odebranych w Kijowie (Iwaszkiewicz przywiózł pakiet listów, które roznosił po mieście), spotkań z parą szczęśliwych narzeczonych Kurkiewiczówną i Świerczyńskim, młody poeta rozglądał się za możliwością jeżeli nie kontynuowania rozpoczętej w mieście nad Dnieprem „kariery literackiej”, to przynajmniej uprawiania „literackiego rzemiosła”. […] Jak Słowacki czuję […] że wszelkie «pracowanie», czyli sprzedawanie swego czasu, bo to się pracą u ludzi nazywa, jest dla mnie absolutnie niemożliwe i niepotrzebne – deklarował w liście do Szymanowskiego – a praca moja istotna trwa, a że jej nie widzą ludzie i mogą mnie nawet trutniem nazywać – to co mnie to właściwie obchodzi. A właśnie to nawet najsubtelniejsi ludzie źle sobie tłumaczą i zrozumieć nie mogą”.

Było to jego pierwsze rozczarowanie w Warszawie. Wyobrażał sobie, że ze swoimi zdolnościami i doświadczeniami łatwo wstąpi tu na drogę zarabiania piórem. Tymczasem hasło „Studya” nikomu nic nie mówiło. Luminarze teatralni, z którymi próbował rozmawiać o przeniesieniu na grunt warszawski doświadczeń kijowskiego awangardowego teatru, słuchali go jednym uchem i byli bardziej zainteresowani zaimponowaniem młodzikowi własnymi projektami. Nazwisko Szymanowskiego, mimo sławy europejskiej, wzbudzało serdeczne odruchy jedynie u przyjaciół z Ukrainy. List skierowany do poznańskiego pisma „Zdrój” wrócił do nadawcy z adnotacją, że poczta nie obsługuje listów pisanych w języku polskim. z pewną przesadą Iwaszkiewicz określał ówczesną Warszawę jako „zupełną pustynię”. „Nic naprawdę nowego ani w literaturze, ani w dziennikarstwie się nie działo – wspominał – a nastrój politycznego podniecenia, mnie, spadłemu jak z nieba, na razie wydawał się zupełnie niezrozumiały”.

„Zastałem tu entuzjazm z powodu przyjazdu Piłsudskiego i zmian w rządzie kraju. W ogóle nastrój podniosły” – pisał w pierwszym liście do rodziny, kilka dni po przyjeździe. Nie były to jednak wydarzenia, których niecierpliwie oczekiwał młody poeta. W ciekawych czasach biegał po mieście „jak kot z pęcherzem” ze swoimi wierszami i „absolutnie nie miał gdzie się zaczepić”. „Jedyne zaczepienie, jakie miałem – wspominał – […] to była moja kuzynka Natalia Dzierżek, pisująca pod pseudonimem Jerzy Orwicz, która była bardzo życzliwa, bardzo grafomanka, bardzo miła, uprzejma”. z jej salonu młody poeta umknął jednak, zrażony wszechobecną polityczną tematyką rozmów, ze skrzywieniem endeckim w interpretowaniu wypadków. „Czego ja już nie robiłem – opowiadał po latach – i do Miriama, i nie Miriama, ale Staff był w Charkowie, Kasprowicz we Lwowie, Żeromski w Zakopanem, w Warszawie nikogo absolutnie nie było”.

Jan Lechoń Po tych poszukiwaniach udał się wraz z Kozłowskim do redakcji akademickiego miesięcznika „Pro Arte et Studio”. Uniwersytecki charakter pisma nieco deprymował młodzieńców, pragnących wystąpić mimo wszystko w charakterze dojrzałych poetów. W rzeczywistości był on jedynie pamiątką skromnych początków. Periodyk powstał w marcu 1915 roku jako pismo młodzieży akademickiej. dzięki interesującym debiutom i konsekwentnemu wcielaniu w życie programu „walki o Sztukę”, wydostał się stopniowo poza akademickie opłotki. Jesienią 1917 roku redakcję pisma objął Władysław Zawistowski, do zespołu wszedł maturzysta Leszek Serafinowicz (publikujący pod pseudonimem Jan Lechoń), a potem autor przyszłego sukcesu tytułu, Mieczysław Grydzewski (posługujący się jeszcze nazwiskiem Grycendler). Pismu coraz ciaśniej było w akademickich strukturach, zaś jego niezależność przynosiła władzom uczelni coraz więcej kłopotów. Wiosną 1918 roku wiersz „Wiosna” Juliana Tuwima, „pełen wyuzdanych słów i cynizmu”, wywołał skandal i cenzorską konfiskatę numeru, inicjując obyczajowe kłopoty młodej literatury w pierwszych latach niepodległości. Kolejną zakwestionowaną pozycją było opowiadanie Wacława Grubińskiego. Akademicki periodyk w kołach prawicowych ugruntował sobie opinię rozsadnika moralnej zgnilizny i narzędzia „żydowsko-masońskiego spisku”.

Poetów z Kijowa przyjął sekretarz „Pro Arte et Studio”, student historii Mieczysław Grydzewski. obdarzony nieomylnym zmysłem estetycznym, bez reszty zaangażowany w redagowanie kolejnych prowadzonych przez siebie pism, będzie jedną z najważniejszych znajomości w życiu Iwaszkiewicza. Młody poeta przedstawia się jako autor „Oktostychów” oraz „kierownik literacki” zespołu Wysockiej, polecając swe wiersze, recenzje, artykuły o muzyce i teatrze. Na razie redakcja w osobie Grydzewskiego złożyła zamówienie na artykuł o kijowskich „Studyach” i przyjęła do lektury dwa zeszyty wierszy: Iwaszkiewiczowskie „Oktostychy” oraz „Izochimeny” Kozłowskiego.

Pomijając niepewną przyszłość, sytuacja poetów wydawała się zawstydzająco dobra, gdy pomyśleć o pozostawionych w Kijowie najbliższych. Pisał do nich Iwaszkiewicz 26 października: „Warszawa ani przez chwilę nie była mi obca […]. Siedzimy sobie w domu, pracujemy, piszemy…, tłumaczymy Rimbauda w dalszym ciągu, bo dostaliśmy od Spiessa tom kompletny jego dzieł. Bywają czasami u nas goście […]. fortepian jest i masa nut i książek […] i to wszystko b[ardzo] ciekawe i nowe. gram dużo i zaznajamiam się z zupełnie dotąd obcymi dla mnie rzeczami Brahmsa, Regera, Katota, Skriabina itd. Na wyprzedażach książek tworzyli podwaliny swych warszawskich bibliotek. Wieczorami bywali w Teatrze Polskim.

Przeczytaj:

Przyjemności stanu zawieszenia zaczynały jednak powoli ciążyć. Ostatnią z nich miała być podjęta na początku listopada wspólna wycieczka do Radomina pod Płockiem, gdzie siostra Jarosława, Jadwiga Iwaszkiewiczówna, przebywała w charakterze „damy do towarzystwa” w majątku zaprzyjaźnionej rodziny Rościszewskich. Poeta nie widział siostry od kilku lat, nie udało im się nawiązać korespondencji, postanowił więc stawić się przed nią osobiście, a przy okazji obejrzeć nieznany fragment coraz bardziej realnej politycznie Polski. dwa wrażenia z tej podróży pozostały w jego pamięci na zawsze: pierwszy jej etap – rejs Wisłą z Warszawy do Płocka, który zaszczepił zamiłowanie do osobliwej egzotyki rejsów królową polskich rzek – oraz przymusowy postój w Rypinie. Młodzieńcy nie mogli dotrzeć do Radomina i korzystali z gościny życzliwych właścicieli tamtejszej apteki. Było to 11 listopada 1918 roku. Przybysze wraz z mieszkańcami Rypina odbierali sensacyjne wiadomości o kapitulacji Niemiec, o niemieckich żołnierzach składających broń i opuszczających miasto. Po południu na ratuszu powiewała biało-czerwona flaga. W Warszawie posłuszna Niemcom i nieposiadająca społecznego mandatu Rada Regencyjna oddała władzę w ręce Józefa Piłsudskiego, który dzień wcześniej przyjechał do miasta, zwolniony z twierdzy w Magdeburgu. Następne dni przynosiły akceptację tej decyzji przez rozproszone na terenach trzech zaborów ośrodki władzy. Dopiero po powrocie z Radomina, gdzie spędzili kilka dni, podejmowani uprzejmie przez właścicieli majątku i miło zaskoczoną Jadwigę, chłopcy w pełni zrozumieli, co się stało.

Powyższy tekst jest fragmentem książki:

Autor: Radosław Romaniuk
Tytuł: „Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza. T.1”
Wydawca: Iskry
Data wydania:  2012
ISBN: : 978-83-244-0208-3
Liczba stron: 620
Format: 170 x 240 mm
Kategoria: biografie
Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena: 75,00 zł

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3 4
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy
Radosław Romaniuk

Literaturoznawca, edytor, doktor nauk humanistycznych. Jego zainteresowania naukowe obejmują literaturę polską i rosyjską, myśl filozoficzno-religijną i teologię prawosławia oraz kulturę białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce. Obok opublikowanych licznych archiwaliów (m.in. dwóch tomów iwaszkiewiczowskich Dzienników i Listów do córek), swego rodzaju summą jego relacji z Iwaszkiewiczem jest dwutomowa biografia pisarza, nad którą pracuje od 2006 roku.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org