Opublikowano
2014-07-20 14:17
Licencja
Wolna licencja

Operacja „Walkiria”: zamach na Hitlera 20 lipca 1944 r.

Führer, Adolf Hitler, nie żyje – tymi słowami rozpoczynał się telegram nadany popołudniem 20 lipca 1944 roku, tuż po zamachu płk. Clausa von Stauffenberga (Operacja Walkiria), przez pułkownika Mertza von Quirnheima do regionalnych dowódców wojskowych wtajemniczonych w spisek. Równolegle Hitler miał się całkiem dobrze i przyjmował w Wilczym Szańcu Mussoliniego…


Strony:
1 2 3

Podjęta 20 lipca próba zgładzenia Hitlera (Operacja Walkiria) ma długą historię. Początki zamachu stanu mającego na celu usunięcie Führera sięgają kryzysu sudeckiego w 1938 roku, kiedy możliwość wojny III Rzeszy z mocarstwami zachodnimi skłoniła wiele wysoko postawionych osób w Wehrmachcie, Abwehrze i służbie dyplomatycznej do spiskowania. Gotowość Chamberlaina do dogadania się z Hitlerem w Monachium ostudziła jednak zapał spiskowców. Ożywienie knowań tej samej grupy nastąpiło latem 1939 roku w obliczu realnej groźby wojny. Jednak słaba inicjatywa opozycji w połączeniu z wewnętrznymi sporami i lojalnością dowódców wojskowych, bez których nie ma mowy o jakimkolwiek przewrocie, sprawiły, że ostatecznie do niczego nie doszło.

Spisek

generał Ludwig Beck Operacja Walkiria Gen. Ludwig Beck, były szef Sztabu Generalnego (fot. ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 146-1980-033-04, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Germany). W marcu 1942 roku w Berlinie spotkali się: gen. Ludwig Beck (były szef Sztabu Generalnego), Carl Friedrich Goerdeler (były nadburmistrz Lipska), Johannes Popitz (były minister finansów) i Ulrich von Hassell (były ambasador we Włoszech). Wprawdzie nie podjęli oni żadnych konkretnych kroków, ale ustalili, że to wokół Becka skupi się powstająca opozycja. Rozpoczęły się spotkania i nawiązywanie kontaktów m.in. z płk. Hansem Osterem (szefem kontrwywiadu w Abwehrze) oraz gen. Friedrichem Olbrichtem (szefem biura uzupełnień w Naczelnym Dowództwie Wehrmachtu). Pogłębiający się kryzys stalingradzki sprawił, że „siła napędowa kręgu puczystów”, gen. Henning von Tresckow, nalegał na przeprowadzenie zamachu na Hitlera. Wszystkie podejmowane próby nie doprowadziły jednak do zgładzenia Führera. Jesienią 1943 roku ppłk. Claus von Stauffenberg dyskutował z Tresckowem o najskuteczniejszych możliwościach zgładzenia Hitlera i związanym z tym przeprowadzeniem przewrotu. Z pomocą organizacji przewrotu przyszedł plan o kryptonimie „Walkiria”, przygotowany przez Olbrichta i zaaprobowany przez Hitlera, dotyczący mobilizacji Armii Rezerwowej w granicach Niemiec jeśli doszłoby do zaburzeń wewnętrznych. Przerobiony na nowo plan skierował teraz swoje ostrze przeciw reżimowi. Zawierał on jednak dwa kluczowe punkty. Pierwszy dotyczył Armii Rezerwowej, albowiem rozkazy musiały być wydane przez jej dowódcę, gen Friedricha Fromma, który nie zajął jednoznacznego stanowiska. Drugi wiązał się z znalezieniem osoby mającej bezpośredni dostęp do Hitlera i chcącej przeprowadzić zamach.

Zobacz też:

W końcu czerwca 1944 roku nastąpił przewidywany od kilku tygodni fakt: awansowany na pułkownika Claus von Stauffenberg został mianowany szefem sztabu Fromma, a to dało mu bezpośredni dostęp do Hitlera i możliwość osobistego przeprowadzenia zamachu. Pojawił się przez to inny problem: Stauffenberg był potrzebny jednocześnie w Berlinie, aby przeprowadzić przewrót z kwatery głównej Armii Rezerwowej.

Pułkownik podjął kilka nieudanych prób przed 20 lipca: 6 lipca w Berghofie miał ze sobą materiały wybuchowe, ale nie nadarzyła się dobra okazja do ich wykorzystania. Kilka dni później plan pokrzyżowała nieobecność Himmlera oraz Göringa, których spiskowcy chcieli zgładzić wraz z Hitlerem. Z kolei 15 lipca konieczność przemawiania podczas odprawy oraz dalsza absencja wspomnianych dygnitarzy po raz trzeci udaremniła zamach, dodatkowo w Berlinie generał Olbricht przypadkowo rozpoczął operację „Walkiria” – z trudem udało się spiskowcom wytłumaczyć podjęte działania jako zwykłe ćwiczenia.

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Polecamy książkę „Z Miodowej na Bracką”:

Autor: Maciej Bernhardt
Tytuł: „Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego”

Wydawca: i-Press [Histmag.org]

ISBN: 978-83-925052-9-7

Oprawa: miękka

Liczba stron: 334

Format: 140×195 mm

24 zł

(papierowa)

8,9 zł

(e-book)

Strony:
1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: Paweł Sajdak |

Zapewne Niemcy wróciliby do granic sprzed '38 + plebiscyt wśród austriackich Niemców.Natomiast nawet nie jestem w stanie założyć, że Stalin zgodziłby się na linię Bugu. Skoro sam Benesz wcześniej w rozmowach z Majskim wspomniał, że Czesi nie są zainteresowani Ukraina Karpacką, co Stalin bardzo dobrze sobie zapamiętał. Gdyby zamach się powiódł mogła ocaleć duża liczba ludzi (podajże gdzieś w tym czasie miała miejsce wywózka żydów ze Słowacji, jako że Tiso, Tuka i inni kolaborowali od samego początku z Hitlerowcami). Nie wybuchłoby Powstanie Warszawskie, ale sprawa Polski pozostaje pytaniem..z pewnością granica na zachodzie pozostaje jak sprzed '38, może moglibyśmy liczyć na Prusy Wschodnie ale bez mocnej postawy Aliantów wobec Stalina na wschodzie granica nie wróciłaby sprzed '39, a swoje obietnice spełnili w Jałcie... A o drugiej bitwie warszawskiej moglibyśmy jedynie pomarzyć nie mając w 44 roku praktycznie już żadnych sił zbrojnych. Myślę, że na tym jedynie skorzystałyby Niemcy.



Odpowiedz

Gość: Tomasz Szczepański |

Na marginesie filmu o Stauffenbergu /…/ Do postaci Stauffenberga jako pozytywnego bohatera odwołują się Niemcy po II wojnie światowej, i trudno im się dziwić. Rzeczywiście odważny pułkownik wykazał się także rozsądkiem przewidując klęskę Niemiec i rozumiejąc, że pod innym kierownictwem Niemcy mogą wytargować znośne warunki pokoju, przynajmniej na froncie zachodnim. Warunkiem tego było usunięcie Hitlera (i paru najbardziej skompromitowanych funkcjonariuszy reżimu, jak np. Himmler) w jedyny możliwy sposób – przez zamachu stanu. Co postanowiwszy, usiłował wykonać, nieudany zamach przypłacając życiem. Niemcy mają więc powód, by niewątpliwego patriotę niemieckiego reklamować. Czy jednak Polacy mają powód, by kupować tę reklamę? Pomijam już jego złą opinię o Polakach – nie różniła się ona od opinii milionów jego rodaków w tej sprawie. Wyrażał ją w języku konserwatywnego nacjonalisty, ale to samo można powiedzieć w języku lewicy bądź liberalnego demokraty, i takie opinie są przecież formułowane. Czym w istocie różni się przekonanie, że tę bandę brudnych polskich leni trzeba cywilizować w imię wyższej kultury, której nosicielami (Kulturträger) są Niemcy, od przekonania, że należy zmusić do modernizacji to zacofane społeczeństwo ksenofobów, bezczelnie wybierających sobie nacjonalistycznych polityków, w dodatku o wyglądzie kartofla? Zresztą biorąc pod uwagę fakt, że nasze obecne elity reagują na takie wypowiedzi głównie popisem służalczości, zastanowić się należy, czy złe zdanie Niemców o nas nie jest – przynajmniej częściowo – uzasadnione. Zastanówmy się jednak, co byłoby, gdyby zamiar pułkownika się powiódł – Hitler ginie tego dnia, powstaje rząd z kanclerzem Goerdelerem i rozpoczyna rozmowy z aliantami. Na wschodzie front się stabilizuje na linii Wisły, tym łatwiej, że część sił można przesunąć z zachodu. A z pewnością zmieniliby politykę wobec tych antykomunistycznych Rosjan, Ukraińców i przedstawicieli innych narodów Wschodu, którzy się ich jeszcze trzymali – co dałoby przynajmniej parę dywizji ochotników, złożonych choćby z trzymanych jeszcze jeńców wojennych i robotników przymusowych. A podniesienie hasła, że od tej pory walczymy już nie ze Słowianami jako podludźmi, ale wyłącznie z bolszewizmem, i uznajemy „biały” rząd rosyjski, np. z Własowem na czele (właśnie rząd, a nie żaden komitet), nie miałoby wprawdzie takiej mocy politycznej, jak w r. 1941, ale z pewnością wywołałoby konfuzję w armii Stalina. Pamiętajmy, że na jej zapleczu istniały partyzantki antykomunistyczne, taka UPA walczyła w Karpatach w sposób zorganizowany do r. 1952. Nawet na Briańszczyźnie (a to rdzenna Rosja) partyzantka tej części RONA, która się nie wycofała z Niemcami, trwała do r. 1946. Teraz to wszystko dostałoby wiatru w żagle. Można być pewnym, iż Rzesza zmieniłaby „Polenpolitik” – zapewneStudnicki otrzymałby w końcu jakąś poważną propozycję. Jak zareagowałby Churchill, a jak Roosevelt? Co do Churchilla można być pewnym, że zawarłby pokój z Niemcami. Rozumiał, że przedłużająca się wojna wyniszcza Imperium Brytyjskie, był też świadom zagrożenia komunistycznego. Roosevelt widział to inaczej, ale na głowie miał wciąż silnych Japończyków i ich sojuszników, a nie miał jeszcze bomby atomowej. Zawierają więc pokój – no i właśnie na jakich warunkach? Na zachodzie są oczywiste – powrót do granic z 1939 r., zapewne jakieś reparacje wojenne. Włochy odzyskałyby Górną Adygę, choć obstawiam, że Austria pozostałaby częścią Niemiec. Pamiętajmy, że nadal jest uznawana zasada samostanowienia narodów, a wola austriackich Niemców była przecież w r. 1938 dość jednoznaczna. Co na wschodzie? Zakładając, że Stalin decyduje się na pokój – wobec wzmocnionych Niemiec wyjście najrozsądniejsze – to linia Bugu znowu mogłaby się okazać linią kompromisu sowiecko- niemieckiego. Niewykluczone że odzyskałyby niepodległość kraje nadbałtyckie – zapewne z jakimiś klauzulami zabezpieczającymi interesy obu mocarstw. Jak wobec tego wyglądać by mogło rozwiązanie sprawy polskiej? Na wschodzie ZSRR wraca na linię Bugu, na zachodzie – punktem ostatecznym ustępstw niemieckich jest powrót do stanu z 1.IX.1939 r. zapewne z pozostawieniem Gdańska w Niemczech. Chociaż w to można wątpić – mocarstwa decydując się na pokój nie kruszyłyby kopii o Pomorze Gdańskie i Wielkopolskę z Górnym Śląskiem, a Niemcy miałyby bardzo poważne argumenty za pozostawieniem tych terytoriów w ich granicach. Z najważniejszym – stoją tam ich wojska. Polska (z jakimś proniemieckim rządem tymczasowym) mogłaby być jakimś powiększonym (o Białostocczyznę?) Księstwem Warszawskim. Los zdecydował inaczej – płk Stauffenberg postawił teczkę z bombą koło nad podziw mocnego stołu, a w ogóle narada odbyła się w innym miejscu, niż powinna, co zminimalizowało skutki wybuchu. Hitler przeżył i wojna musiała toczyć się dalej, aż do bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Wyszliśmy z tej wojny z państwem niesuwerennym i stratami terytorialnymi (nie mówiąco ludzkich i materialnych), ale mamy przynajmniej Ziemie Odzyskane i praktyczny brak mniejszości narodowych. Chociaż raz w ciągu tej wojny mieliśmy szczęście. Barnim Regalica „Kosynier” nr "O"



Odpowiedz
Karolina Dudzic

Karolina Dudzic, studentka historii na UW oraz słuchacz wydziału reżyserii w warszawskiej Akademii Filmu i Telewizji. Interesuje się historią XIX i XX wieku, a zwłaszcza historią Niemiec i Czech, gospodarką II RP, filmem oraz XIX-wieczną literaturą.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org