Opublikowano
2015-05-19 11:23
Licencja
Prawa zastrzeżone

Skąd wzięli się Polacy?

(strona 4)

Pytanie, na które od wieków próbują odpowiedzieć tabuny badaczy, wciąż fascynuje.


Strony:
1 2 3 4

7. Warto dlatego przypomnieć o jednym z najważniejszych błędów, a nawet grzechów naszego potocznego myślenia o historii, który również uniemożliwia swobodną i rzeczową dyskusję o roli Normanów u źródeł Polski. Znamy go pod nazwą prezentyzmu. Polega on z grubsza na myśleniu o naszych przodkach poprzez nas samych, nasze wyobrażenia o świecie, wartości i umysłowe kategorie właściwe dla epoki, w której żyjemy i która nas ukształtowała. Są one dla nas tak oczywiste, że podświadomie przyjmujemy je jako jedyne z możliwych w rozumieniu rzeczywistości, również minionej. Mówiąc uczenie, obowiązujący w naszych czasach paradygmat określa obraz przeszłości, jaki uznajemy za najwłaściwszy. Jeśli więc wiemy, że obecnie na świecie przeważają ludzie praworęczni, to automatycznie uznajemy, że tak było zawsze od zarania ludzkości i dopiero obserwacje malowideł naskalnych sprzed dwudziestu tysiącleci przekonują nas, że mogło być inaczej.

Długa łódź wikińska, wizerunek z Tkaniny z Bayeux (fot. Urban, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported).

Jeśli obecnie przeważają na świecie małżeńskie związki monogamiczne, to za skrajne dziwactwo naruszające naturę gatunku ludzkiego uznamy wielomęstwo kobiet, czyli poliandrię. Tymczasem w wielu dawnych społeczeństwach właśnie kobieta z wieloma mężami stanowiła akceptowaną i uznawaną za jedynie naturalną komórkę społeczną. Ten sam błąd popełniamy, gdy myślimy o dawnych ludzkich zbiorowościach zamieszkujących określone terytorium, posługujących się wspólnym językiem i noszących wspólną nazwę uznawaną również przez sąsiadów. Ponieważ dziś takie zbiorowości nazywamy narodami, intuicyjnie uznajemy, że takie same zbiorowości musiały istnieć również wcześniej, bo przecież i dawniej ludzie musieli się jakoś organizować i różnić od innych. Utożsamiali się z tymi, których uznawali za rodaków, i nieufnie, a nawet wrogo, odnosili się do obcych, byli dumni ze swego języka, rodziny i bohaterskich czynów wspólnych przodków, zaś odmienności uznawali za niepotrzebne dziwactwo. Dlatego gdy myślimy np. o społeczeństwie w czasach Mieszka I, to wyobrażamy je sobie na wzór, który znamy z naszej codzienności: jako naród ze wszystkimi jego dzisiejszymi właściwościami.

Tymczasem zbiorowość narodowa, w której przyszło nam żyć, jest wytworem bardzo niedawnym, zrodzonym z idei powstałej w drugiej połowie XIX wieku, i jeśli chodzi o naród polski ukształtowanym dopiero w okresie międzywojennym. Bo naród nowoczesny to nie tylko wspólnota języka, nazwy ojczyzny i terytorium, ale też świadomość przynależności do tej wspólnoty, zbudowana na wspólnej kulturze, tradycji i powszechnie akceptowanych ideałach i emblematach. Taka idea, opracowana dopiero pod koniec XIX wieku przez niewielką grupę świadomej tych potrzeb inteligencji, z trudem przebijała się do umysłów szerokich mas społeczeństwa, szczególnie w kraju rozdartym przez państwa uprawiające własną, agresywną politykę narodową. W jej wpajaniu decydującą rolę odegrał rozkwit szkół elementarnych w języku polskim, kościelne kazania w tymże języku, prasa i popularne książki również w języku ojczystym. Proces ten trwał długo i opornie, jeszcze w XIX wieku chłopi stanowiący 90% społeczeństwa nie uważali się za Polaków, za takich uważali wyłącznie panów-szlachtę, dziedziców i posesjonatów. Podczas rabacji galicyjskiej 1846 roku przecinali piłami – jak zanotowały to austriackie kancelarie – właśnie Polaków, a sami uznawali się za „tutejszych” i „cesarskich”, czyli poddanych cesarza z Wiednia.

Przeczytaj:

Właściwie dopiero po doświadczeniach I wojny światowej i odparciu bolszewickiej nawały w 1920 roku siłami żołnierzy chłopskich, walczących o własność swoich ubogich gospodarstw przeciw obietnicom kolektywnej szczęśliwości, mieszkańcy wsi zaczęli mówić o sobie: my – Polacy. Niemałe znaczenie miał też fakt posiadania wspólnego, niezależnego państwa traktowanego jako wspólna i pożyteczna dla jego obywateli własność, współtworzona przez system demokratycznych wyborów władzy. W porównaniu z tak opisanym narodem ludzie żyjący pod panowaniem Mieszka I narodem nie byli. Ich spoiwem było państwo, działające często opresyjnie, ale też zapewniające prawo i bezpieczeństwo, oraz religia chrześcijańska, często z żywymi elementami pogańskiego kultu przodków. Zapewne poddani księcia mówili wspólnym językiem, bo jakoś musieli się ze sobą porozumiewać, choć kronikarze zapisali również, że syn Mieszka I– Bolesław, na co dzień porozumiewał się ze swymi drużynnikami w języku niemieckim, nieróżniącym się wówczas wiele od języka skandynawskiego. Mową ludzi kulturalnych i uczonych była łacina, którą obok greki biegle władał wnuk Mieszka, dziedziczący po nim jego imię. O tym, czy Mieszko II znał język poddanych, brakuje wzmianek, możemy się natomiast domyślać, że władał niemieckim, choćby z racji pochodzenia jego żony, Niemki Rychezy, i rozległych kontaktów w cesarstwie niemieckim. Po niemiecku też biegle mówił jego syn Kazimierz nazwany później Odnowicielem, który wiele lat spędził za Odrą i Łabą. Poddani mówili po słowiańsku i był to język, który przynieśli ze sobą ze wschodniej praojczyzny, blisko spokrewniony z językiem ludów bałtyckich, szczególnie naszych późniejszych współbraci – Litwinów, wzbogacony w słowne zapożyczenia z języków ludów, które napotkali podczas wędrówki na zachód, szczególnie Gotów, Wandalów, Awarów, Węgrów.

Europa ok. 900 r. (Muir's Historical Atlas--Mediaeval and Modern, London 1911, domena publiczna).

W tamtych czasach język ten nie uległ jeszcze zróżnicowaniu, mieszkaniec terenów nad Wisłą mógł więc swobodnie rozmawiać ze Słowianinem, który zawędrował nad Łabę albo zamieszkał nad Wełtawą. My, niestety, posługujący się współczesną polszczyzną nie bylibyśmy w stanie się z nimi porozumieć, tak jak niewiele bez przygotowania rozumiemy na przykład z języka starocerkiewnego, jednego z najstarszych, jakie przetrwały z językowej spuścizny Słowian. W przeciwieństwie też do naszego języka jednolitego, uporządkowanego przez znawców, uczonego w szkołach tylko w jednej uznanej za poprawną wersji, ich język, a właściwie różne wówczas użytkowane języki, nie cementowały tak silnie jak dziś poczucia narodowej wspólnoty. Były praktycznymi narzędziami komunikacji, niczym więcej. Ktoś, kto na co dzień mówił po słowiańsku lub – zawężając – w wyodrębniającym się właśnie dialekcie zachodniosłowiańskim, nie był automatycznie uważany ani za Słowianina, ani za Polaka lub Czecha i za takiego też sam siebie nie uważał. Równie dobrze mógł być Waregiem, który ożenił się ze Słowianką i od niej nauczył się mowy tubylców; i taką mowę już jako ojczystą przyswajali „z mlekiem matki” jego synowie, a potem jego potomkowie aż do dziś, gdy są już Polakami nieświadomymi pochodzenia swego odległego przodka. Tak działo się na Rusi, tak mogło być i u nas.

Powyższy tekst jest fragmentem książki „Czy wikingowie stworzyli Polskę?”:

Tytuł: Czy wikingowie stworzyli Polskę?
Autor: Zdzisław Skrok
Wydawca: Iskry
Oprawa broszurowa ze skrzydełkami
Numer wydania I
Data wydania 2013-11-13
Ilość stron 388
ISBN 978-83-244-0333-2
ISBN e-publikacji 978-83-244-0346-2
Opracowanie graficzne Janusz Barecki
Wymiary 155 × 235
Cena: 39,90 zł
Kup ze zniżką na stronach Wydawcy!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.
Strony:
1 2 3 4
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Marek Baran |

No tak! O godz. 14.42 pojawiła się na tym forum współczesna stylistyka polityczna, niestety mocno zblizona tylko do jednej z jej odmian.



Odpowiedz

Gość |

Cóż, jak widać wyższe wykształcenie nie koniecznie musi iść w parze z rozumem. Jak sam autor się spodziewał i pewnie miał powody przeczuwać, że coś na niego się wyleje, choć sam pod siebie zrobił i nie widzi, że w tym stoi. Choć przestrzegał przed naciąganiem autor powyższego artykułu prowadzi swoimi wywodami czytelnika na manowce. Tekst bardziej wygląda na pisany dla potrzep ugruntowania Unii Europejskiej, jako naturalnego następstwa rozwoju świadomości Europejczyków. Lekceważy niewygodne dla jego tezy badania. Oby takich patologicznych książek było mniej, jako przyszłych kanonów wiedzy historycznej. Miejmy nadzieje, że pozostanie w dziale SF.



Odpowiedz

Koledzy, czy nie trzeba by tę lingwistykę, z korzyścią dla niej i forum genetycznego, przenieść na inną stronę?



Odpowiedz

@ Atimes
Przepraszam. moja odzywka wpadła tu przez pomyłkę!



Odpowiedz

Gość: Hmm |

Ale kto to wymyślił że Warengowie mają coś wspólnego z tzw"wikingami" a nie słowiańskimi Warnami?



Odpowiedz

Gość: hahaha |

@ Gość: Hmm
To lepiej ty wymyśl co niby Warnowie mają mieć wspólnego z Waregami?



Odpowiedz


Widzisz, kamyku, kto lepiej czytał między wierszami:

"These considerations should also take into account the hypothesis on the migrations that most likely occurred between the 3rd and 6th century AD"



Odpowiedz
Zdzisław Skrok

Polski archeolog i pisarz, autor około dwudziestu książek zawierających eseje historyczne i archeologiczne, popularyzator nauki i publicysta. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org